inżynieria memetyczna
Blog > Komentarze do wpisu
Remember, that is all in your head

450x666

Jest coś pięknego w tym, że plakat filmu o diable przy szerokości 450 jest wysoki na 666 pikseli. Gutek filutek kisił ten film tyle czasu, żeby teraz napierdalać w mediach "ostatnim filmem Heatha Ledgera". A przecież jest to przede wszystkim jednakoż film Terry'ego Gilliama, którym wraca do swojej nieoficjalnej trylogii marzycieli ("Bandyci czasu", "Brazylia", "Przygody Barona Munchhausena"), tym razem w centralnym punkcie stawiając nie marzycieli, a twórcę opowieści pomagającego marzyć: oto dzieło starzejącego się artysty, który ma jeszcze tyle do opowiedzenia, a coraz mniej czasu (ironia pieprzonego losu).

Piękny film.

Piękne role. Tom Waits w meloniku i wąsie; Lily Cole (ach, Lily Cole, ostatnio widziałem ją jako geekową Poly w "St. Trinnians"; chyba można z niej ulepić wszystko) jako młodziutka córka doktora; cudowni Heath i przyjaciele, kanalizujący się wzajemnie w jakimś przedziwnym metafizycznym cudzie. Gilliam wraca do zakurzonego teatru, cytując "Barona" (naga Lily jak Uma-Venus, balony, głowy; filmy zresztą dzielą scenarzystę) czy nawet Monty Pythona.

Mając cały czas świata trzeba pamiętać, że ptak czasu niesie gorzki owoc. Recenzent "Esesnji" doszukuje się w "Parnassusie" krytyki szarości dzisiejszych czasów; ja to odbieram jako film o zmęczeniu i starości, kiedy świat idzie do przodu, a ty zostajesz (ciekawe, że aktor grający Parnassusa podkłada też głos zgorzkniałemu dziadkowi z pixarowskiego "Up"). Piękny wiek? Piękny wiek to 16 lat.

A nasze czasy nie są szare, skoro wciąż powstają takie piękne i kolorowe filmy.

niedziela, 07 lutego 2010, mrwisniewski

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/02/08 10:26:15
Kisił nie "Gutek filutek" tylko Polsat, który kupił prawa do dystrybucji tego filmu w Polsce. Gutek wykonuje tylko tzw. usługę dystrybucyjną.

A z tym kisił to też nie przesadzajmy, bo łatwo sprawdzić kiedy "Parnassus" pojawiał się w innych krajach.

Poza tym - fani Gilliama (np. ja) doskonale wiedzą, czyj to jest film i dlaczego mają na niego pójść. Oczywiście z punktu widzenia dystrybutora chodzi o to, żeby rzecz zobaczyli jeszcze jacyś inni ludzie. I taktyka "na Heatha Ledgera" się sprawdziła. "Parnassus" dobija do 300 tysięcy widzów, stając się najpopularniejszym filmem Gilliama w Polsce. A może ktoś z niewtajemniczonych po jego seansie sięgnie po "Brazil", "Przygody...", czy "Las Vegas Parano"? Czy to źle?

I tak, to piękny film.
-
2010/02/08 13:31:31
A "Bracia Grimm" nie pasują do kontekstu? Dlatego, że scenariusz nie jest Gilliamsa, czy jakoś jeszcze tematycznie?
-
2010/02/08 13:31:45
Ryzykuję swoją starą, ale, kurczę, rozczarował mnie ten film. Pierwsze wrażenie było takie, że nawet Tideland miał więcej scenariusza i że ostatnia rola Ledgera zasługiwała na coś lepszego. Ledger faktycznie daje radę, wszyscy dają, oprócz tytułowego doktora, z którym nawet aktor nie mógł dużo zrobić, bo jest całkowicie daremny jako postać (nie licząc końcówki, gdzie ma swój shining moment of glory, człowiek tylko czeka na długą laskę, która jak w starych przedstawieniach wysunie się zza kulis i ściągnie go ze sceny).

SPOJLER-SZMOILER

No i cały zakład ma dokładnie zero suspensu, bo od razu jest oczywiste, że diabeł grany przez Toma Waitsa automatycznie zasługuje na to, żeby wygrać z takim ofermą.
-
2010/02/08 13:37:51
Parnassus ma jedną wadę:
Wlazł w cień Avatara, co zaburzyło, co by nie gadać jego odbiór. Zawsze się będzie mówiło: No, to ten film co to chodził z Avatarem.... Podświadomie te dwa dwa filmy rywalizują w łepetynie. Z jednej strony armia efektów tak subtelnych że działają jak narkotyk (Tak, Avatar to używka, niebezpieczna, ideal world, nikt się nie myje i nikt nie śmierdzi) a z drugiej strony może też bajecznie i kolorowo ale jakaś śmierć, coś zgrzyta, nie ma jednakowej oceny sytuacji, jakieś pieniądze, trudno rozumiana nieśmiertelność. Po ochłonięciu i odstawieniu Avatar znika, maleje i kurczy się, bajka może raz złapać za gardło i przeprowadzić z mordą wbitą w prześcieradło a Parnassus zacznie swoje drugie , bogatsze życie, jak wszystkie filmy Gilliama (Kto pamięta premierę Las Vegas Parano?). Jego filmy są zbyt wieloznaczne (nie chce użyć słowa trude, bo nie są) ale wymagają pewnej zgody na akceptację wariactwa tego świata do którego nie każdy jest gotów.


technologie.gazeta.pl/technologie/1,82008,7534271,_Ink___piractwo_umozliwilo_sukces_filmu_nieznanych.html

To taki PS. chyba dotyczy jedynie filmów dobrych.

-
2010/02/08 13:54:17
@ No i cały zakład ma dokładnie zero suspensu, bo od razu jest oczywiste, że diabeł grany przez Toma Waitsa automatycznie zasługuje na to, żeby wygrać z takim ofermą.

Właśnie, suspens, każdy jakiś film go mieć musi aby przytrzymać widza w fotelu, oprócz dobrych, dobre filmy właśnie często nudzą (mnie nudziły i pewnie bedą nudzić) bo nie są o tym do czego jesteśmy przyzwyczajeni i czego oczekujemy. Tak samo film braci Cohen, jak go sobie rozbierałem na części nie miał w ogóle suspensu i też wk...iała gamoniowatość głównej postaci, ale dopiero bolesne rozkminianie niby prosto i na talerzu podanych dykteryjek i powiązań z wykładami: historia dentysty a zasada nieoznaczoności, tekstem piosenki a poszukiwaniem głównej odpowiedzi przez bohatera, kotem schroedingera a historią z przed lat, i tym że młodzi dają radę bo się tym nie przejmują całym wytworzonym umysłowym śmietnikiem zbyt na serio i jeszcze kilka innych. Stad naprawdę muszę przyznać że suspensem byłą właśnie moja rozkmina. To była wielka uczta oglądać ten film. Mimo że o niewiarygodnej pipie to dał mi po cybuchu.
Stąd często suspens jest już czymś tak żałosnym że film jest tak dobry dopóki nic sięnie wyjaśni, a jak się już wyjaśni to są napisy i trzeba szukać swojego samochodu a nie kombinować że film po wyjaśnieniu stał się nijaki i bez sensu a my nabrani na to czego nie wiemy.
-
2010/02/08 14:20:20
chodziło o A serious man braci Cohen
-
2010/02/08 14:21:20
@obly
"Właśnie, suspens, każdy jakiś film go mieć musi aby przytrzymać widza w fotelu, oprócz dobrych"

Hm, zasadniczo to taki żarcik był, bo, Potwór Spaghetti mi świadkiem, nie dla suspensu oglądam filmy Gilliama, a od Jabberwocka widziałam prawie wszystkie.

@Wlazł w cień Avatara, co zaburzyło, co by nie gadać jego odbiór

Nie widziałam Avatara, więc teoria cokolwiek się wali, chyba że to nie do mnie było, tylko tak w ogóle.
-
2010/02/08 14:55:42
@ więc teoria cokolwiek się wali

Och to jedynie obserwacja a nie teoria.
-
2010/02/08 15:14:23
@Kisił nie "Gutek filutek" tylko Polsat, który kupił prawa do dystrybucji tego filmu w Polsce. Gutek wykonuje tylko tzw. usługę dystrybucyjną.

A to przepraszam.

@A "Bracia Grimm" nie pasują do kontekstu? Dlatego, że scenariusz nie jest Gilliamsa, czy jakoś jeszcze tematycznie?

Myślałem o nich, oczywiście, ale jakoś mi nie pasują; to raczej takie zderzenie "szkiełka i oka" z balladami w stylu "Jeźdźca bez głowy"; Parnassus jak i Trylogia jest o Marzeniach.

@Ryzykuję swoją starą, ale, kurczę, rozczarował mnie ten film

Bardzo mi przykro.

@Wlazł w cień Avatara, co zaburzyło, co by nie gadać jego odbiór

Mnie nie. Ja generalnie lubię różnie, więc lubię i kameralnie, i bombastycznie; wtedy mi to wpada w różne szufladki i nie kontaminuje.
-
2010/02/08 23:31:20
A więc film porusza bliską mi ideę opowiadania historii. U Gilliama to często są historie absurdalne -- tu ktoś wskoczył na drabinę, tu coś się pali, tu meduza -- rację masz, że to jeszcze Monty Pythonowe reminiscencje. Taki ma akurat styl, ważne jest, że to opowieść podtrzymuje wszechświat. Żeby nie spoilować (choć to spoiler niewielki) nie będę opisywał sceny w której jest to powiedziane dosłownie, a to scena kluczowa.

"Wściekłych psów" widziałem z 10 razy i w końcu zrozumiałem o czym jest ten film. Najpierw jest scena w której kolega policjant uczy Mr Orange'a opowiadać historie. Mówi, że ważne są szczegóły, to czy w kiblu są ręczniki czy suszarka itd. To odpowiada tej scenie z Parnassusa w której zjawia się diabeł. Metanarracyjne wyłożenie ideologii opowiadania historii, w obu tych scenach mówią bezpośrednio Quentin i Gilliam.

Potem Mr. Orange opowiada w knajpie historię o spotkaniu w kiblu. Potem jest pokazany ten kibel (wchodzimy do głowy Parnassusa) a głos Orange'a słychać z offu. Potem jest anty-off: Mr. Orange opowiada historię stojąc przed szeryfami. Quentin się bawi naszym wyczuciem realności. Aż w końcu scena jest po prostu pokazana. Wiemy, że my to widzimy, ale to Mr. Orange właśnie to opowiada, bo nawet jak korzysta z suszarki to robi to teatralnym gestem, slo-mo, zbliżenia na twarze. On to wszystko powiedział, ale tym razem już go nie słyszeliśmy. Historia w historii staje się realna. Na chwilę pokazują się piętra opowieści, trochę jak w "Gnieździe światów". Mr Orange sucks at storrytelling. Na koniec nie potrafi ułożyć wiarygodnej historii dlaczego zabił Mr. Blonde'a. Młody Cabot bezlitośnie dekonstruuje jego historię, jest słaba, wszyscy giną.
-
2010/02/08 23:34:13
@"Wściekłych psów" widziałem z 10 razy i w końcu zrozumiałem o czym jest ten film

A ja nie i nie. Dzięki za wyjaśnienie, kupuję to.
-
2010/02/09 00:02:26
@inż. Mruwnica

Wogle zrobiłeś mi krzywdę, bo teraz se muszę pod tym kątem przeanalizować wszystkie filmy QT.

Np. "Pulp Fiction" jest o potrzebie ciągłości narracji. Historia Zegarka Z Dupy nie może zostać przerwana. Vincent nie rozumie, w jakiego rodzaju historii się znalazł i marnie kończy.
-
2010/02/09 00:50:12
A tak, miałem dopisać nawet, że to jego ogólna szajba. Zdaje się w Benkartach też (niestety jak to bywa spóźniłem się jak leciało i tera dupa). No i w PF też masz scenę w której Jules mówi głosem Quentina. Też zresztą do Tima Rotha.
-
2010/02/09 11:42:48
@inż.mru
soundz like Memento - tam też akcja wisiała na opowieści i mutowała wraz z nią (ale nie tak ciulato jak w Adaptacji)
-
2010/02/09 11:54:53
@Bękarty
w scenie w knajpie owszem, tak.
-
2010/02/09 15:42:31
@inz.mru
"spóźniłem się jak leciało i tera dupa"

Znaczy co dupa? Przecież są już na DVD.

A co do "Wściekłych psów" to mam jak mrw. Oświeciłeś mnie. Musze sobie w weekend jeszcze raz obejrzeć bod tym kątem.

@sheik.yerbouti
"jak w Adaptacji"

Adaptacja to chyba trochę inna półka. Raczej by mi to pasowało do "Confessions of a Dangerous Mind". To jest właśnie różnica między Confessions a pozostałymi filmami Kaufmana, że tu słuchasz subiektywnych wspomnień głównej postaci, podczas gdy w Being Malkovich, Adaptacji czy Eternal Sunshine grzebiesz samemu w ich głowie.
-
2010/02/11 18:03:52
@: soundz like Memento

No nie, tam opowieść jest jednowarstwowa i realistyczna, tylko widz jest ustawiony tak trochę w kratkę. To jest cecha wspólna znowu z narracją w PF, ale to nie o to chodzi.

A jak już będziecie oglądać tych psów wściekłych, to opowiadacyjność trafi Was już w pierwszej scenie. You will shit bricks!
Ostatnio na Blip:
Coś pozytywnego mrw@poly