|
in¿ynieria memetyczna
Blog > Komentarze do wpisu
Lektury obowi±zkowe (1)
Henryk Sienkiewicz Janko Muzykant Przysz³o to na ¶wiat w±t³e, s³abe. Kumy, co siê by³y zebra³y przy tapczanie po³o¿nicy, krêci³y g³owami i nad matk±, i nad dzieckiem. Kowalka Szymonowa, która by³a najm±drzejsza, poczê³a chor± pocieszaæ: — Dajta — powiada — to zapalê nad wami gromnicê, ju¿e z was nic nie bêdzie, moja kumo; ju¿ wam na tamten ¶wiat siê wybieraæ i po dobrodzieja by pos³aæ, ¿eby wam grzechy wasze odpu¶ci³. — Ba! — powiada druga. — A ch³opaka to zara trza ochrzciæ; on i dobrodzieja nie doczeka, a — powiada — b³ogo bêdzie, co choæ i strzyg± siê nie ostanie. Tak mówi±c zapali³a gromnicê, a potem wzi±wszy dziecko pokropi³a je wod±, a¿ poczê³o oczki mru¿yæ, i rzek³a jeszcze: — Ja ciebie „krzcê” w Imiê Ojca i Syna, i Ducha ¦wiêtego i dajê ci na przezwisko Jan, a teraz–¿e, duszo „krze¶cijañska”, id¼, sk±de¶ przysz³a. Amen! Ale dusza chrze¶cijañska nie mia³a wcale ochoty i¶æ, sk±d przysz³a, i opuszczaæ chuderlawego cia³a, owszem, poczê³a wierzgaæ nogami tego cia³a, jako mog³a, i p³akaæ, chocia¿ tak s³abo i ¿a³o¶nie, ¿e jak mówi³y kumy: „My¶la³by kto, kociê nie kociê albo co!” Pos³ano po ksiêdza; przyjecha³, zrobi³ swoje, odjecha³, chorej zrobi³o siê lepiej. W tydzieñ wysz³a baba do roboty. Ch³opak ledwo „zipa³”, ale zipa³; a¿ w czwartym roku okuka³a kuku³ka na wiosnê chorobê, wiêc siê poprawi³ i w jakim takim zdrowiu doszed³ do dziesi±tego roku ¿ycia. Chudy by³ zawsze i opalony, z brzuchem wydêtym, a zapad³ymi policzkami; czuprynê mia³ konopn±, bia³± prawie i spadaj±c± na jasne, wytrzeszczone oczy, patrz±ce na ¶wiat, jakby w jak±¶ niezmiern± daleko¶æ wpatrzone. W zimie siadywa³ za piecem i pop³akiwa³ cicho z zimna, a czasem i z g³odu, gdy matula nie mieli co w³o¿yæ ani do pieca, ani do garnka; latem chodzi³ w koszulinie przepasanej krajk± i w s³omianym „kapalusie”, spod którego obdartej kani spogl±da³, zadzieraj±c jak ptak g³owê do góry. Matka, biedna komornica, ¿yj±ca z dnia na dzieñ niby jaskó³ka pod cudz± strzech±, mo¿e go tam i kocha³a po swojemu, ale bi³a do¶æ czêsto i zwykle nazywa³a „odmieñcem”. W ósmym roku chodzi³ ju¿ jako potrzódka za byd³em lub, gdy w cha³upie nie by³o co je¶æ, za bed³kami do boru. ¯e go tam kiedy wilk nie zjad³, zmi³owanie Bo¿e. By³ to ch³opak nierozgarniêty bardzo i jak wiejskie dzieciaki przy rozmowie z lud¼mi palec do gêby wk³adaj±cy. Nie obiecywali sobie nawet ludzie, ¿e siê wychowa, a jeszcze mniej, ¿eby matka mog³a doczekaæ siê z niego pociechy, bo i do roboty by³ ladaco. Nie wiadomo, sk±d siê to takie ulêg³o, ale na jedn± rzecz by³ tylko ³apczywy, to jest na granie. Wszêdzie te¿ je s³ysza³, a jak tylko trochê podrós³, tak ju¿ o niczym innym nie my¶la³. Pójdzie, bywa³o, do boru za byd³em albo z dwojakami na jagody, to siê wróci bez jagód i mówi szepleni±c: — Matulu! Tak ci co¶ w boru „grla³o”. Oj! Oj! A matka na to: — Zagram ci ja, zagram! Nie bój siê! Jako¿ czasem sprawia³a mu warz±chwi± muzykê. Ch³opak krzycza³, obiecywa³, ¿e ju¿ nie bêdzie, a taki my¶la³, ¿e tam co¶ w boru gra³o… Co? Albo on wiedzia³?… Sosny, buki, brzezina, wilgi, wszystko gra³o: ca³y bór, i basta! Echo te¿… W polu gra³a mu bylica, w sadku pod cha³up± æwirkota³y wróble, a¿ siê wi¶nie trzês³y! Wieczorami s³uchiwa³ wszystkich g³osów, jakie s± na wsi, i pewno my¶la³ sobie, ¿e ca³a wie¶ gra. Jak pos³ali go do roboty, ¿eby gnój rozrzuca³, to mu nawet wiatr gra³ w wid³ach. Zobaczy³ go tak raz karbowy, stoj±cego z rozrzucon± czupryn± i s³uchaj±cego wiatru w drewnianych wid³ach… zobaczy³ i odpasawszy rzemyka da³ mu dobr± pami±tkê. Ale na co siê to zda³o! Nazywali go ludzie „Janko Muzykant”!… Wiosn± ucieka³ z domu krêciæ fujarki wedle strugi. Nocami, gdy ¿aby zaczyna³y rzechotaæ, derkacze na ³±kach derkotaæ, b±ki po rosie burczyæ; gdy koguty pia³y po zap³ociach, to on spaæ nie móg³, tylko s³ucha³ i Bóg go jeden wie, jakie on i w tym nawet s³ysza³ granie… Do ko¶cio³a matka nie mog³a go braæ, bo jak, bywa³o, zahucz± organy lub za¶piewaj± s³odkim g³osem, to dziecku oczy tak mg³± zachodz±, jakby ju¿ nie z tego ¶wiata patrzy³y… Stójka, co chodzi³ noc± po wsi i aby nie zasn±æ, liczy³ gwiazdy na niebie lub rozmawia³ po cichu z psami, widzia³ nieraz bia³± koszulê Janka, przemykaj±c± siê w ciemno¶ci ku karczmie. Ale przecie¿ ch³opak nie do karczmy chodzi³, tylko pod karczmê. Tam przyczaiwszy siê pod murem, s³ucha³. Ludzie tañcowali obertasa, czasem jaki parobek pokrzykiwa³: „U–ha!” S³ychaæ by³o tupanie butów, to znów g³osy dziewczyn: „Czegó¿?” Skrzypki ¶piewa³y cicho: „Bêdziem jedli, bêdziem pili, bêdziewa siê weselili”, a basetla grubym g³osem wtórowa³a z powag±: „Jak Bóg da³! Jak Bóg da³!” Okna jarzy³y siê ¶wiat³em, a ka¿da belka w karczmie zdawa³a siê drgaæ, ¶piewaæ i graæ tak¿e, a Janko s³ucha³!… Co by on za to da³, gdyby móg³ mieæ takie skrzypki graj±ce cienko: „Bêdziem jedli, bêdziem pili, bêdziewa siê weselili.” Takie deszczu³ki ¶piewaj±ce. Ba! Ale sk±d ich dostaæ? Gdzie takie robi±? ¯eby mu przynajmniej pozwolili choæ raz w rêkê wzi±æ co¶ takiego!… Gdzie tam! Wolno mu tylko by³o s³uchaæ, tote¿ i s³ucha³ zwykle dopóty, dopóki g³os stójki nie ozwa³ siê za nim z ciemno¶ci: — Nie pójdziesz–¿e ty do domu, utrapieñcze? Wiêc wówczas zmyka³ na swoich bosych nogach do domu, a za nim bieg³ w ciemno¶ciach g³os skrzypiec: „Bêdziem jedli, bêdziem pili, bêdziewa siê weselili”, i powa¿ny g³os basetli: „Jak Bóg da³! Jak Bóg da³! Jak Bóg da³!”. Gdy tylko móg³ s³yszeæ skrzypki, czy to na do¿ynkach, czy na weselu jakim, to ju¿ dla niego by³o wielkie ¶wiêto. W³azi³ potem za piec i nic nie mówi³ po ca³ych dniach, spogl±daj±c jak kot b³yszcz±cymi oczyma z ciemno¶ci. Potem zrobi³ sobie sam skrzypki z gonta i w³osienia koñskiego, ale nie chcia³y graæ tak piêknie jak tamte w karczmie: brzêcza³y cicho, bardzo cichutko, w³a¶nie jak muszki jakie albo komary. Gra³ jednak na nich od rana do wieczora, choæ tyle za to odbiera³ szturchañców, ¿e w koñcu wygl±da³ jak obite jab³ko niedojrza³e. Ale taka to ju¿ by³a jego natura. Dzieciaczyna chud³ coraz bardziej, brzuch tylko zawsze mia³ du¿y, czuprynê coraz gêstsz± i oczy coraz szerzej otwarte, choæ najczê¶ciej ³zami zalane, ale policzki i piersi wpada³y mu coraz g³êbiej i g³êbiej… Wcale nie by³ jak inne dzieci, by³ raczej jak jego skrzypki z gonta, które zaledwie brzêcza³y. Na przednówku przy tym przymiera³ g³odem, bo ¿y³ najczê¶ciej surow± marchwi± i tak¿e chêci± posiadania skrzypek. Ale ta chêæ nie wysz³a mu na dobre. We dworze mia³ skrzypce lokaj i grywa³ czasem na nich szar± godzin±, aby siê podobaæ pannie s³u¿±cej. Janko czasem podczo³giwa³ siê miêdzy ³opuchami, a¿ pod otwarte drzwi kredensu, ¿eby im siê przypatrzeæ. Wisia³y w³a¶nie na ¶cianie naprzeciw drzwi. Wiêc tam ch³opak duszê swoj± ca³± wysy³a³ ku nim przez oczy, bo mu siê zdawa³o, ¿e to niedostêpna jaka¶ dla niego ¶wiêto¶æ, której niegodzien tkn±æ, ¿e to jakie¶ jego najdro¿sze ukochanie. A jednak po¿±da³ ich. Chcia³by przynajmniej raz mieæ je w rêku, przynajmniej przypatrzeæ siê im bli¿ej… Biedne ma³e ch³opskie serce dr¿a³o na tê my¶l ze szczê¶cia. Pewnej nocy nikogo nie by³o w kredensie. Pañstwo od dawna siedzieli za granic±, dom sta³ pustkami, wiêc lokaj przesiadywa³ na drugiej stronie u panny pokojowej. Janko, przyczajony w ³opuchach, patrzy³ ju¿ od dawna przez otwarte szerokie drzwi na cel wszystkich swych po¿±dañ. Ksiê¿yc w³a¶nie na niebie by³ pe³ny i wchodzi³ uko¶nie przez okno do kredensu, odbijaj±c je w kszta³cie wielkiego jasnego kwadratu na przeciwleg³ej ¶cianie. Ale ten kwadrat zbli¿a³ siê powoli do skrzypiec i w koñcu o¶wietli³ je zupe³nie. Wówczas w ciemnej g³êbi wydawa³o siê, jakby od nich bi³a ¶wiat³o¶æ srebrna; szczególniej wypuk³e zgiêcia o¶wiecone by³y tak mocno, ¿e Janek ledwie móg³ patrzeæ na nie. W onym blasku widaæ by³o wszystko doskonale: wciête boki, struny i zagiêt± r±czkê. Ko³eczki przy niej ¶wieci³y jak robaczki ¶wiêtojañskie, a wzd³u¿ zwiesza³ siê smyczek na kszta³t srebrnego prêta… Ach! Wszystko by³o ¶liczne i prawie czarodziejskie; Janek te¿ patrzy³ coraz chciwiej. Przykucniêty w ³opuchach, z ³okciami opartymi o chude kolana, z otwartymi ustami patrzy³ i patrzy³. To strach zatrzymywa³ go na miejscu, to jaka¶ nieprzezwyciê¿ona chêæ pcha³a go naprzód. Czy czary jakie, czy co?… Ale te skrzypce w jasno¶ci czasem zdawa³y siê przybli¿aæ, jakoby p³yn±c ku dziecku… Chwilami przygasa³y, aby znowu rozpromieniæ siê jeszcze bardziej. Czary, wyra¼ne czary! Tymczasem wiatr powia³; zaszumia³y cicho drzewa, za³opota³y ³opuchy, a Janek jakoby wyra¼nie us³ysza³: — Id¼, Janku! W kredensie nie ma nikogo… Id¼, Janku!… Noc by³a widna, jasna. W ogrodzie dworskim nad stawem s³owik zacz±³ ¶piewaæ i pogwizdywaæ cicho, to g³o¶niej: „Id¼! Pójd¼! We¼!” Lelek poczciwy cichym lotem zakrêci³ siê ko³o g³owy dziecka i zawo³a³: „Janku, nie! Nie!” Ale lelek odlecia³, a s³owik zosta³ i ³opuchy coraz wyra¼niej mrucza³y: „Tam nie ma nikogo!” Skrzypce rozpromieni³y siê znowu… Biedny, ma³y, skulony kszta³t z wolna i ostro¿nie posun±³ siê naprzód, a tymczasem s³owik cichuteñko pogwizdywa³: „Id¼! Pójd¼! We¼!” Bia³a koszula migota³a coraz bli¿ej drzwi kredensowych. Ju¿ nie okrywaj± jej czarne ³opuchy. Na progu kredensowym s³ychaæ szybki oddech chorych piersi dziecka. Chwila jeszcze, bia³a koszulka znik³a, ju¿ tylko jedna bosa nó¿ka wystaje za progiem. Na pró¿no, lelku, przelatujesz jeszcze raz i wo³asz: „Nie! Nie!” Janek ju¿ w kredensie. Zarzechota³y zaraz ogromnie ¿aby w stawie ogrodowym, jak gdyby przestraszone, ale potem ucich³y. S³owik przesta³ pogwizdywaæ, ³opuchy szemraæ. Tymczasem Janek czo³ga³ siê cicho i ostro¿nie, ale zaraz go strach ogarn±³. W ³opuchach czu³ siê jakby u siebie, jak dzikie zwierz±tko w zaro¶lach, a teraz by³ jak dzikie zwierz±tko w pu³apce. Ruchy jego sta³y siê nag³e, oddech krótki i ¶wiszcz±cy, przy tym ogarnê³a go ciemno¶æ. Cicha letnia b³yskawica, przeleciawszy miêdzy wschodem i zachodem, o¶wieci³a raz jeszcze wnêtrze kredensu i Janka na czworakach przed skrzypcami z g³ow± zadart± do góry. Ale b³yskawica zgas³a, ksiê¿yc przes³oni³a chmurka i nic ju¿ nie by³o widaæ ani s³ychaæ. Po chwili dopiero z ciemno¶ci wyszed³ d¼wiêk cichutki i p³aczliwy, jakby kto¶ nieostro¿nie strun dotkn±³ — i nagle… Gruby jaki¶, zaspany g³os, wychodz±cy z k±ta kredensu spyta³ gniewliwie: — Kto tam? Janek zatai³ dech w piersiach, ale gruby g³os spyta³ powtórnie: — Kto tam? Zapa³ka zaczê³a migotaæ po ¶cianie, zrobi³o siê widno, a potem… Eh! Bo¿e! S³ychaæ kl±twy, uderzenia, p³acz dziecka, wo³anie: „O! Dlaboga!” Szczekanie psów, bieganie ¶wiate³ po szybach, ha³as w ca³ym dworze… Na drugi dzieñ biedny Janek sta³ ju¿ przed s±dem u wójta. Mieli–¿ go tam s±dziæ jako z³odzieja?… Pewno. Popatrzyli na niego wójt i ³awnicy, jak sta³ przed nimi z palcem w gêbie, z wytrzeszczonymi, zalêk³ymi oczyma, ma³y, chudy, zamorusany, obity, niewiedz±cy, gdzie jest i czego od niego chc±? Jak¿e tu s±dziæ tak± biedê, co ma lat dziesiêæ i ledwo na nogach stoi? Do wiêzienia j± pos³aæ czy jak?… Trzeba–¿ przy tym mieæ trochê mi³osierdzia nad dzieæmi. Niech go tam we¼mie stójka, niech mu da rózg±, ¿eby na drugi raz nie krad³, i ca³a rzecz. — Bo pewno! Zawo³ali Stacha, co by³ stójk±: — We¼ go ta i daj mu na pami±tkê. Stach kiwn±³ swoj± g³upowat±, zwierzêc± g³ow±, wzi±³ Janka pod pachê, jakby jakiego kociaka, i wyniós³ ku stodó³ce. Dziecko, czy nie rozumia³o, o co chodzi, czy siê zalêk³o, do¶æ ¿e nie ozwa³o siê ni s³owem, patrzy³o tylko, jakby patrzy³ ptak. Albo on wie, co z nim zrobi±? Dopiero jak go Stach w stodole wzi±³ gar¶ci±, rozci±gn±³ na ziemi i podgi±wszy koszulinê machn±³ od ucha, dopiero¿ Janek krzykn±³: — Matulu! — i co go stójka rózg±, to on: „Matulu! Matulu!!”, ale coraz ciszej, s³abiej, a¿ za którym¶ razem ucich³o dziecko i nie wo³a³o ju¿ matuli… Biedne, potrzaskane skrzypki!… — Ej, g³upi, z³y Stachu! Któ¿ tak dzieci bije? To¿ to ma³e i s³abe i zawsze by³o ledwie ¿ywe. Przysz³a matka, zabra³a ch³opaka, ale musia³a go zanie¶æ do domu… Na drugi dzieñ nie wsta³ Janek, a trzeciego wieczorem kona³ ju¿ sobie spokojnie na tapczanie pod zgrzebnym kilimkiem. Jaskó³ki ¶wiergota³y w czere¶ni, co ros³a pod przyzb±; promieñ s³oñca wchodzi³ przez szybê i oblewa³ jasno¶ci± z³ot±, rozczochran± g³ówkê dziecka i twarz, w której nie zosta³o kropli krwi. Ów promieñ by³ niby go¶ciñcem, po którym ma³a dusza ch³opczyka mia³a odej¶æ. Dobrze, ¿e choæ w chwilê ¶mierci odchodzi³a szerok±, s³oneczn± drog±, bo za ¿ycia sz³a po prawdzie ciernist±. Tymczasem wychud³e piersi porusza³y siê jeszcze oddechem, a twarz dziecka by³a jakby zas³uchana w te odg³osy wiejskie, które wchodzi³y przez otwarte okno. By³ to wieczór, wiêc dziewczêta wracaj±ce od siana ¶piewa³y: „Oj, na zielonej, na runi!”, a od strugi dochodzi³o granie fujarek. Janek ws³uchiwa³ siê ostatni raz, jak wie¶ gra… Na kilimku przy nim le¿a³y jego skrzypki z gonta. Nagle twarz umieraj±cego dziecka rozja¶ni³a siê, a z bielej±cych warg wyszed³ szept: — Matulu?… — Co, synku? — ozwa³a siê matka, któr± dusi³y ³zy… — Matulu, Pan Bóg mi da w niebie prawdziwe skrzypki? — Da ci, synku, da! — odrzek³a matka; ale nie mog³a d³u¿ej mówiæ, bo nagle z jej twardej piersi buchnê³a wzbieraj±ca ¿a³o¶æ, wiêc jêkn±wszy tylko: „O Jezu! Jezu!”, pad³a twarz± na skrzyniê i zaczê³a ryczeæ, jakby straci³a rozum albo jak cz³owiek, co widzi, ¿e od ¶mierci nie wydrze swego kochania… Jako¿ nie wydar³a go, bo gdy podniós³szy siê znowu spojrza³a na dziecko, oczy ma³ego grajka by³y otwarte wprawdzie, ale nieruchome, twarz za¶ powa¿na bardzo, mroczna i stê¿a³a. Promieñ s³oneczny odszed³ tak¿e… Pokój ci, Janku! * Nazajutrz powrócili pañstwo do dworu z W³och wraz z pann± i kawalerem, co siê o ni± stara³. Kawaler mówi³: — Quel beau pays que l'Italie. — I co to za lud artystów. On est heureux de chercher là-bas des talents et de les protéger… — doda³a panna. Nad Jankiem szumia³y brzozy… pi±tek, 15 lipca 2011, mrwisniewski
TrackBack
Komentarze
miasto-masa-maszyna
2011/07/15 23:32:36
Ty¶¿e siê R.U.T.A'y nas³ucha³ aboco?
2011/07/15 23:36:37
Nie, co¶ tam chcia³em sprawdziæ i sobie przeczyta³em, jeju, jaki to doskona³y tekst: Pos³ano po ksiêdza; przyjecha³, zrobi³ swoje, odjecha³, chorej zrobi³o siê lepiej. W tydzieñ wysz³a baba do roboty.
2011/07/16 00:15:44
Jaki¶ nowy rodzaj trola, ale wyj±tkowo niesmaczny. Tak¿e: moje no³lajfie serduszko zadrga³o dopiero, gdy p³acz ma³e janka zosta³ przyrównany do miauczenia kota.
2011/07/16 10:38:37
Zbrechta³am siê kilka razy w trakcie :))) A skoro ju¿ o instrumentach: miecz obusieczny, o! jaka skuteczna zabawka. Zaprawdê piêkne, co¶ pan napisa³. Wyj±tkowo s³u¿ê przypisami.
2011/07/16 14:59:10
@Ale serio tam co¶ zabawnego by³o?
Wiesz, wnuk Stacha wraca wspomnieniami do gawêd dziadunia, i brechta jako dziad jego. 2011/07/16 15:25:16
Mój ulubiony cytat, wydaje siê nawet do¶æ a pro po
"Gdy Julianek zachorowa³ na ospê, bliski s±siad, podskarbi Flemming, przys³a³ swego nadwornego doktora, s³awnego Mullera; pañstwo Niemcewicze wyrzucili przez okno wszystkie lekarstwa, zamiast przepisanej kuracji - ofiarowali synka Bogu; skutek by³ momentalny, Julianek wyzdrowia³, wzamian za co hasa³ potem przez rok i 6 tygodni w bia³ym, dominikañskim habicie, z czarn± myck± na g³owie, opasany szkaplerzem. i ró¿añcem. Przek³adanie habitu nad lekarstwa nie zawsze dawa³o tak dobre wyniki - o¶mioro Niemcewicz±t fajtnê³o w pieluszkach." ¼ród³o: niniwa2.cba.pl/zbyszewski_niemcewicz_1.htm 2011/07/16 19:36:22
@ sheik. - dok³adnie
@ tram_way Tak :) jak sobie czytasz np.b.typowo w Polityce typowy artyku³ "z góry nad losem niedouczonego niebo¿êcia" wygl±da jak nuda pospinanana staropolszczyzn±, a¿ sztucznie i po prostu tekst leje siê przez palce. Z tego, po³owy w ogóle nie da siê czytaæ przecie¿. A tu zwarty dynamiczny kontent, daje popaliæ stylem. Naj¶mieszniejsze: "Jako¿ czasem sprawia³a mu warz±chwi± muzykê. Ch³opak krzycza³, obiecywa³, ¿e ju¿ nie bêdzie, a taki my¶la³, ¿e tam co¶ w boru gra³o Co? Albo on wiedzia³? Sosny, buki, brzezina, wilgi, wszystko gra³o: ca³y bór, i basta!" - tak rytmiczne, ¿e a¿ muzyczne, hihi. "Potem zrobi³ sobie sam skrzypki z gonta i w³osienia koñskiego, ale nie chcia³y graæ tak piêknie jak tamte w karczmie: brzêcza³y cicho, bardzo cichutko, w³a¶nie jak muszki jakie albo komary. Gra³ jednak na nich od rana do wieczora, choæ tyle za to odbiera³ szturchañców, ¿e w koñcu wygl±da³ jak obite jab³ko niedojrza³e." - niebo¿ynê siê za¿yna, lito¶ci przesz ;) A bez takich piêknych fragmentów jak o skrzypkach ja¶niej±cych w kredensie przecie¿ w ogóle nie by³oby zabawy z tekstem :p Co on tam pods³ucha³ w tym kredensie, to siê ju¿ bojê cokolwiek powiedzieæ, oby z tym nie przesadziæ. Biedne, potrzaskane skrzypki! - w takich momentach my¶lê "akurat!", nierealno¶æ dziejowa wiêksza ni¿ fikcja literacka, hehe Trzeba¿ przy tym mieæ trochê mi³osierdzia nad dzieæmi. Niech go tam we¼mie stójka, niech mu da rózg±, ¿eby na drugi raz nie krad³, i ca³a rzecz." o wow, jaki¿ to s±d lito¶ciwy, sprawiedliwo¶æ a¿ mi³o, heh Da ci, synku, da! odrzek³a matka; ale nie mog³a d³u¿ej mówiæ, bo nagle z jej twardej piersi buchnê³a wzbieraj±ca ¿a³o¶æ, wiêc jêkn±wszy tylko: O Jezu! Jezu!, pad³a twarz± na skrzyniê i zaczê³a ryczeæ, jakby straci³a rozum albo jak cz³owiek, co widzi, ¿e od ¶mierci nie wydrze swego kochania - a tu chyba jedyny smuta¶ny fragment, a¿ nie wiem, sk±d siê wytrzasn±³ Surowa marchew zdrowa jest, pan siê chyba nie zna. Ale po co ja to piszê, znowu bêdzie ¿e meh. 2011/07/16 19:45:42
@missjogi
Jak sobie czytam stylizacjê archaiczn± w XXI-wiecznym tek¶cie, to siê u¶miecham, ale nie chichoczê jak czytam Bogurodzicê. Chichota³am jak mia³am 12 latek. 2011/07/16 22:01:52
Od zawsze powtarzam, ¿e starsza polszczyzna by³a wydolniejsza, bardziej zwarta, plastyczna i ¿ywa. To nie, musieli nadej¶æ biurokraci jêzyka czy inni marabutowie z RJP.
2011/07/16 22:33:56
@nameste
Zyszczy nam, spu¶ci nam? Jak starsz± polszczyznê masz na my¶li? 2011/07/16 22:47:19
@Jak starsz± polszczyznê masz na my¶li?
Jak dla mnie - 17, 18 wiek, Pasek i Kitowicz (no bo S³owacki to insza inszo¶æ). Ci ciekawe, Janko M. siê jêzykowo ma³o postarza³. 2011/07/16 23:03:35
@starsza polszczyzna
Mnie siê ka¿da starsza podoba, oczywi¶cie je¶li rozumiem, co siê w niej mówi ^ (i jestem zainteresowany tematem; bogurodzice i inne skamieliny s³abo mnie obchodz±). My¶lê, rozwijaj±c uwa¿kê o biurokratach itd., ¿e za cezurê mo¿na przyj±æ restytuowanie powszechnego szkolnictwa po 1918, wtedy zaczê³o siê porz±dkowanie jezyka czyli jego psucie. 2011/07/17 01:31:26
@nameste
hm, mowisz to na serio? ale ten flejm juz chyba byl, Jules Ferry vs wielka roznorodnosc jezykowa. Czy jest jakies wyjscie poza alternatywa: powszechnosc i i pewna uniformizacja vs brak uniformizacji ale tez brak narzedzi do wspolnej edukacji i do zwalczania wykluczenia? Jesli tak, to jaka? 2011/07/17 08:22:08
@zielka
Nie, nie mia³em na my¶li niwelowania regionalizmów, raczej terror dziesi±tków regu³ typu nie zaczyna siê zdania od "wiêc", ogólniej: tresowanie stylistyczne pod biurokratyczny wariant jêzyka. Janko Muzykant poprawiony przez wspó³czesn± redaktorkê z wydawnictwa by³by dwukrotnie d³u¿szy i nie by³oby w nim zdania: W tydzieñ wysz³a baba do roboty. #czynie 2011/07/17 09:29:46
@zielka Najpierw my¶lê "touche", a potem: gdyby zasiê nie trafi³a do Dunina-W.?
2011/07/17 11:00:04
@ Janko Muzykant poprawiony przez wspó³czesn± redaktorkê z wydawnictwa by³by dwukrotnie d³u¿szy i nie by³oby w nim zdania: W tydzieñ wysz³a baba do roboty. #czynie
Nie, raczej trzykrotnie krótszy, bez zdañ wiêcej ni¿ dwukrotnie z³o¿onych i sczyszczony z wszystkich archaizmów, poza jakim¶ nazewnictwem dla nadania 'klimatu' i odrobin± gwary w dialogach, prowadzonych jednak w ca³o¶ci gazetopolszczyzn±. 2011/07/17 11:05:39
@braineater
No jako¶ trudno mi uwierzyæ, gdy czytam zdanie z drugiego chronologicznie komcia tutaj. 2011/07/17 11:17:57
Na dzisiejsze by by³o: Przyjecha³ ksi±dz. Pomodli³ siê. Po tygodniu wróci³a na pole.
2011/07/17 11:24:22
Pos³ano po ksiêdza. Przyjecha³, udzieli³ chorej ostaniego sakramentu ¶w., po czym odjecha³. Wtedy jednak stan zdrowia chorej zacz±³ siê poprawiaæ. Ju¿ po tygodniu wysz³a do pracy w polu.
2011/07/17 11:26:41
Zapomnij, tego nie pu¶ci³aby ci ¿adna redaktorka. "Proszê upraszczaæ, upraszczaæ i jeszcze raz upraszczaæ" to jest ich g³ówne przykazanie.
2011/07/17 11:30:53
To mo¿e tak t³umaczom t³umacz±. Wg mnie bardziej: "trzeba ja¶niej, bo czytelnik nie zrozumie (pan wie, panie Henryku, ci dzisiejsi czytelnicy, haha)".
2011/07/17 11:33:20
Najpierw sie tresuje ludzi na debili, a potem uzasadnia dalsza tresure tym, ze sa debilami. Smutne.
2011/07/17 11:34:59
@ trzeba ja¶niej, bo czytelnik nie zrozumie (pan wie, panie Henryku, ci dzisiejsi czytelnicy, haha)".
D³ugie zdania panie Henryku - to nie przejdzie. to siê ma czytaæ, nikt nie ma czasu na wielokrotnie z³ozone, skomplikowane zdania. Pan to napisze w równowa¿nikach, mamy tu takiego gnoma w komórce, który to potem zrobi tak, zeby sie podoba³o naszym czytelniczkom". 2011/07/17 11:43:38
@braineater
Na lito¶æ, dla kogo Ty pracujesz ^. Czytaj: "Ich usta spotka³y siê. Ostatnie resztki oporu pokona³o cudowne ciep³o ogarniaj±ce jej cia³o i szalony taniec krwi w ¿y³ach, a¿ w koñcu poczu³a, ¿e jest w stanie ch³on±æ tego mê¿czyznê wszystkimi porami swej skóry." Harlequin (TM). Zwróæ uwagê na "swej skóry", czytelniczka mog³aby pomy¶leæ, ¿e cudzej. 2011/07/17 11:48:17
No tak, bo to przeciez baby takie glupie. Faceci czytaja fajna proze, o mieczach i laserach. Zadne "gnomy w komorce".
2011/07/17 11:54:58
Na lito¶æ, dla kogo Ty pracujesz
Powiedzmy, ¿e sa to lekko podrasowane cytaty by Redaktorka Du¿egoPortalu.pl, z któr± pracowa³em przez dwa miesi±ce, zmiksowane z Pewnym Wydawc± Krymina³ów, który wierzy³, ¿e jesli zdanie ma wiêcej ni¿ 6 s³ów, to nikt go nie przeczyta, bo nim dojdzie do konca, zapomni co by³o na pocz±tku. 2011/07/17 11:59:33
Aha, jeszcze - Harlequiny maj± osobny zbiór regu³, które odpowiadaj± za wszystko, ³±cznie z konstrukcj± zdania i fabu³y.
2011/07/17 21:14:14
@Zwróæ uwagê na "swej skóry", czytelniczka mog³aby pomy¶leæ, ¿e cudzej.
To raczej kiepska robota t³umacza ("her skin" potraktowane kalk±) ni¿ celowe zg³upianie tekstu. 2011/07/17 23:09:59
Dorzucê 0.03z³ - Janko jest tl;dr i opowiastki o biednych dzieciach ruszaj± chyba tylko tych co maj± jakie¶ biedne dzieci. Ale niedawno gdzie¶ wpad³em na "Wolnego najmitê" Konopnickiej, i proszê pañstwa, to jest tre¶æ, to jest forma, to jest samo piêkno. I ma dobry rytm, ¿eby jakiemu¶ dobrze uwi±zanemu jednemu czy drugiemu korwinoidowi laæ pasem na dupê do wersów, ¿eby utrwali³ sobie tre¶æ; jest tego ze 60 wersów, to akurat zapamiêta, co robi z lud¼mi nieskrêpowana niewidzialna rêka rynku.
2011/07/18 20:38:55
braineater
"Zapomnij, tego nie pu¶ci³aby ci ¿adna redaktorka. "Proszê upraszczaæ, upraszczaæ i jeszcze raz upraszczaæ" to jest ich g³ówne przykazanie." Hmm... mam trochê inne do¶wiadczenie z redakcjami. No dobrze, z jedn± redakcj±: groups.google.com/group/pl.rec.fantastyka.sf-f/msg/967617fc059e4356?hl=pl 2011/07/20 23:47:46
@boni S i wolny najmita
Ale przecie¿ nieskrêpowana rêka tynku doprowadzi³a do tego co mamy obecnie. Gdyby nie robi³a tego co robi to nadal ¿y³ by¶ w kraju w którym ludzie umieraj± z g³odu tak jak to by³o przed woln± rêk± rynku. |
|