Menu

pattern recognition

inżynieria memetyczna

Everything is an interview

Pozwalam gnić w milczeniu - wywiad

mrwisniewski

Autorzy tekstów o projekcie "100 dni bloggera" skłaniają się do refleksji nas kondycją współczesnej blogosfery. Świata zniszczonego przez fejsbuka, gdzie ma miejsce działalność parablogowa -- szybkie wrzuty nastawione na szybką satysfakcję i pieszczenie ego; z jednej strony rugujące z blogowania korzeń dziennikarsko-pisarski, z drugiej -- odtwarzające formę wypowiedzi usenetowej w karykaturalnej, wynaturzonej wersji. 

Ale nie wszyscy się jeszcze poddali. 

Skryty jak swój blog, z dala od popularnych platform, wykuwa na przodku czarną ścianę liter -- zapraszam do przeczytania wywiadu z bloggerem, któremu nikt nie komcia. Rozmówca poprosił o anonimowość. 

Ile komentarzy dostałeś w zeszłym tygodniu?

Zeszły tydzień był zaskakująco intensywny - 18 komentarzy, z czego aż 12 pod jedną notką, w tym oczywiście, połowa z tego, to moje odpowiedzi na komentarze użytkowników. Do tego dochodzi 12 spamów, oraz retrokomentarz do notki sprzed 4ch lat, w którym nowy gość na moim blogu postanowił podzielić się myślą, że powinienem przestać pisać, bo się do tego nie nadaję. Właściwie, sądząc po statystykach, zeszły tydzień był TYGODNIEM ROZGADANEGO KOMENTATORA, zdarzają się takie może dwa, trzy razy w roku, choć nie ma reguły.

Co sprawiło, że się tak rozgadali?

Modny temat na czasie, oczywiście, omówienie najnowszego albumu popularnego niszowego artysty, połączone z prezentacją teledysków i obleczone w szatę podszytego ekshibicjonizmem wyznania młodzieńczych grzechów i wypaczeń, które sprawiły, że zacząłem cenić tego artystę. To dość częsta reakcja przy notkach dotyczących tematów bliskich dzisiejszemu czytelnikowi, takich, w których może zestawić wygłoszoną przeze mnie opinię, z własnymi przemyśleniami i intucjami. Nasze drogi się zbiegają na chwilę, przez moment mówimy o tym samym (choć dość często się nie zgadzamy), powstaje jakaś taka, nie wiem jak to nazwać, może INTERAKCJA, moja notka staje się dla komentatora impulsem do własnoręcznego napisania kilku zdań, a opublikowany komentarz staje się od tego momentu integralną częścią wypowiedzi, równie ważnym elementem, jakbym sam go napisał, wpływa na treeść notki i swobodnie ją modyfikuje. Czasem jest to sama przyjemnośc, jak chociażby w wypadku wzmiankowanego tekstu, czasem jednak, co przyznaję z bólem, pojawiają się komentatorzy pierdolący tak bez sensu, że najchętniej wypożyczyłbym na nich legendarną plonkownicę nestora polskiej blogosfery, Wojciecha O.

Parafrazując klasyka - nie ma tu miejsca na bezsensowne komentarze. Ale chyba autor - poza polityką moderacyjną - nie ma wpływu na kształt swojej publisi?

Trudno powiedzieć, od początku zakładałem, że prowadzę bloga od którego wszyscy nie chorujący na ADD uciekną z krzykiem i krwawymi łzami w oczach, odbijając się od nadmiaru kolorowych obrazków, kolorowych filmów, kolorowych teledysków i podkoloryzowanego języka wypowiedzi. Nigdy jednak nie zablokowałem żadnego komentatora, nigdy też nie usunąłem żadnego komentarza, negatywnym opiniom na temat mojej działalności blogerskiej plączącym się tu i ówdzie pod notkami, pozwalam gnić w milczeniu, czasem nawet specjalnie oprawiam je w dodatkową ramkę, by gniły widowiskowo, nie zauważone, nie przeczytana, nie skontrowane, bez współkomci poparcia. Tak potraktowany nieuprzejmy komentator już nigdy raczej na bloga nie wraca, dzięki czemu przez lata wytrwałej pracy, dorobiłem się grona oddanych komentatorów (obliczam je na jakieś 5 do 8 osób, z których dwie niestety milczą już od bardzo długiego czasu).

To właśnie dla nich, dla najwierniejszych czytelników wprowadziłem dodatkowe funkcjonalności, łapki i lajki, które - choć na pierwszy rzut oka mogą wyglądać na narzędzia do masowania mojego ego - tak naprawdę są dla nich: jako wieloletni i doświadczony bloger, mam świadomość, że pod błyskotliwą notką czasem trudno coś napisać, a człowiek chciałby jakoś wyrazić poparcie, docenić. Wahałem się bardzo długo, bojąc się przede wszystkim, że wpłynie to na jakość i tematykę mojego pisania - zacznę pisać tylko o tym, co zbiera największą ilość łapek w górę, na szczęście tak się nie stało, i nadal większość zawartości bloga stanowią notki, przy których nikomu nie chciało się podnieść łapki. Dwa lata tego eksperymentu dobitnie udowodniły, że nie ma tak głębokiego milczenia, które zniechęciłoby mnie do pisania, z czego jestem tak po blogersku całkiem dumny.

Nie korcą Cię szybkie lajki? Wielu blogerów przeniosło się ze swoją działalnością na facebooka.

Ależ oczywiście, że korcą, ale 60 do 80 lajków na fejsbuku mogę mieć w kwadrans, wystarczy dwuzdaniowa anegdotka lub zabawny obrazek z na tyle niszowego źródła, że nie dotarło do niego zbyt wiele osób przede mną. Lajki pod blognotką mają zupełnie inną wartość, tu doceniany jest autentyczny wkład mojej pracy, a nie to, że przez sekundę okazałem się jedynym ciekawym elementem twojego nudnego feeda, elementem o którym zapomnisz zresztą już za chwilę stawiając kolejnego lajka pod lolkotkiem.

Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego prawie w ogóle nie masz komci?

Istnieje dość powszechna opinia, że z powodu chujowego systemu komentarzy, w którą jednak nie wierzę, bowiem widziałem chujowsze na blogach z setkami komentarzy pod każda notką. Myślę, że głównym powodem jest to, że większość moich notek po prostu nie podlega dyskusji - sa doskonałe, fachowo wyedytowane i przekazują SAMĄ PRAWDĘ, więc komentator ma poczucie, że na chuj dalej drążyć temat i zamiast komcia daje łapkę.

Bardzo podoba mi się ta racjonalizacja -- a czy znaczy to, że notki/blogi z dużą ilością komci są chujowe?

Właściwie tak, najbardziej obkomentowane notki to te, gdzie coś mi odbiło i zaczynałem się wypowiadać na tematy ogólnospołeczne, ujawniając swoje poglądy na życie, wszechświat i całą resztę, co praktycznie za każdym razem zmuszało duża grupę ludzi do wypisywania w komentarzach jakiś teorii na temat tego, jakobym był pojebany, albo w ogóle nie wiedział, o czym pisze. Główny problem w takich przypadkach polega oczywiście na tym, że doskonale wiem o czym piszę, to ci przypadkowi komentatorzy chuja się znają i szukają dziury w całym, jak na przykład pod notką o czyszczeniu miast z reklam, co uznałem za pomysł tak debilny, że aż godny pochylenia się nad nami z namysłem. W związku z tym staram się takie notki popełniać jak najrzadziej, pozostając przy tematach hermetycznych, interesujących 3 osoby na krzyż, z których jedna to ja.

Blogger-samotnik, który nie potrzebuje widowni?

Ależ potrzebuje, gdybym nie widział w statsach, ilu ludzi zagląda codziennie na bloga, zapewne po jakimś czasie przestałbym go prowadzić. Ale wystarcza mi sama liczba, nie prowadzę klubu dyskusyjnego, tylko kanał muzyczno-filmowo-grafomański, kolorowy notesik pełen urli, które być może kogoś zainteresują. Sukces notki oceniam nie po tym ile zaliczyła resharów, ile dostała komci i łapek, tylko po tym, ilu ludzi kliknęło w zlinkowane w tekście rzeczy i poszło zobaczyć, co chciałem pokazać. Pięć wyjść z bloga na tekst o estońskiej animacji ma dla mnie większą wartość, niż 400 lajków i sto komentów pod jakąś nocią, gdzie coś tam sobie pierdolę o sprawach bieżących

Też bardziej cenię sobie jakość, a nie ilość, ale czasem patrząc na trzycyfrowe liczby komci czy followersów liczonych w tysiącach odczuwam pewną, być może irracjonalną, zazdrość. Jakie masz rady dla bloggerów, którzy czują się niedocenieni?

Prostą - na każdego sensownego komentatora przypada 9 pojebów, z którymi nie chcesz mieć nic wspólnego i którzy nie mają nic ciekawego do powiedzenia, piszą pod twoją notką, bo MOGĄ, nic najczęściej nie wnosząc poza zderajlowanymi flejmami. Jeśli zależy ci na dyskusji - idź na studia, albo załóż forum, jeśli widzisz w stasach, że na bloga wchodzi ci każdego dnia zadowalająca cię liczba osób, to co cię to obchodzi, że się nie odzywają, ważne, żeby czytali.W końcu chyba po to jest blog.

A nie po to, żeby karmić ego? Jak myślisz, czy jest w ogóle możliwe pisanie popularnego bloga bez pisania, jak to się brzydko mówi, "pod publiczkę"? A co jeśli przeciwieństwo jest prawdą - i w dzisiejszych czasach mediów społecznościowych pisanie dla komci, szerów i lajków jest tym właściwym, pożądanym i ogólnie dobrym sposobem?

Trzeba by było zdefiniować 'popularny blog' - ja chyba nie znam żadnego, który wpadałby w taką kategorię, a nawet jeśli obiło mi się o uszy, że istnieją takie zjawiska, to kliknięcie w linka szybko pokazywało, że jego zasięg jest równy zasięgowi gazetki parafialnej w dużym mieście i kończy się 10 metrów poza parafią. Najczęsciej za cenę tekstów, pod którymi wstyd by się było podpisać.

Ale skoro sa odbiorcy, którzy chcą to czytać, którzy chcą lajkować, którzy chcą szerować wpisy nie wiem, o dobieraniu majtek do garnituru i czyszczeniu wąsa, albo składaniu reklamacji na brak gratisa - to czemu nie. Takie pisanie jest bezwysiłkowe, nie wymaga niczego od piszącego, ani od czytelnika; jesli komuś potrzebna jest interakcja, to dzielenie się wkurwem i mendzeniem zdaje się być najlepszym sposobem na sprowokowanie najazdu komentatorskiego, bo ludzie to jednak lubi sobie pomendzić stadnie, albo naprostować mendzącego.

To może inaczej - skoro nie da się odnieść sukcesu, to czy można chociaż zdobyć sławę?

Nie. Można natomiast zostać ikoną blogingu i cieszyć się uznaniem pięciu kolejnych blogerów i funkcjonować na zasadzie pociesznego pajaca w mediach wyrażających zapotrzebowanie na cytat z pociesznego pajaca.

Myślałeś czasem, żeby rzucić to wszystko w cholerę?

I co, pojechać w Bieszczady? Z dwa razy miałem moment zawahania, ale spowodowany raczej tym, że znudziła mi się formuła przyjęta na bloga, czułem się jak w pracy. Przeszły po paru tygodniach, czy po roku, kiedy wymyśliłem sobie nowe formuły, które też mi się pewnie znudzą, ale jeśli kiedyś to rzucę, to raczej nie dlatego, że nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie czyta, nikt mnie nie szeruje, tylko po prostu znajdę jakiś inny sposób na wciskanie ludziom napisanych bzdur. Od pisania nie można się oduzależnić.

Na pytanie "co robić jak żyć" odpowiadasz zatem - "po prostu pisz"?

NIE. Pisz tylko wtedy, jak nie masz innego wyjścia. Jeśli umiesz robić coś innego, albo nie czujesz przymusu wydalania z siebie codziennej dawki liter, znajdź sobie jakieś inne zajęcie - każde będzie ciekawsze. Pisanie zostaw tym, co nic nie potrafią.

Moja centralna fantazja - wywiad

mrwisniewski

Zapraszam do lektury wywiadu z Jakubem "Cześć Jackiem" Głuszakiem, właścicielem bloga Cześć Jacek, który nie odniósł na polu bloggingu żadnych znaczących sukcesów. 

Cześć Jacek, czy czujesz się blogerem?

Cześć Jacek: Nieszczególnie. Jestem przede wszystkim poetą.

Więc posiadanie bloga nie wystarcza?

CzJ: Nie, to kwestia zajmowanej pozycji egzystencjalnej; ja robię wszystko jako poeta, więc mój blog jest blogiem poety. A moje wiersze nie są wierszami blogera.

Czy to znaczy, że blogerem jest ten, kto poza blogiem jest nikim?

CzJ: Nie do końca, to byłoby histeryczne przedstawienie sprawy. No więc, chodzi o centralną fantazję. Moja centralna fantazja dotyczy bycia poetą; to nie znaczy, że poza byciem poetą jestem nikim, tylko że zabranie mi możliwości bycia poetą będzie oznaczało kolaps całej mojej osobowości. Zabranie mi blogaska będzie tylko oznaczało, że nie będę pisać blogaska. Blogerem jest ktoś, kogo centralna fantazja dotyczy blogowania

Gdzie przebiega więc ta granica, po przekroczeniu której stałbyś się blogerem, a nie poetą? Czy myśl o odniesieniu sukcesu, staniu się e-celebrytą, nie zmieniłaby Twojej centralnej fantazji?

CzJ: Nie. Gdyby nagle mój blogasek stał się bardzo popularny, pewnie zacząłbym tam wrzucać wiersze i wymagać od folowersów, których bym pewnie w takim wypadku miał, zachwycania się nimi.

Mam nadzieję, że nie jest to prztyczek pod adresem mojej "złej poezji". Czyli żeby odnieść sukces jako bloger, należy się stać blogerem?

CzJ: Chyba tak, znaczy nie dałoby się pewnie blogować na tyle często i dobrze, żeby odnieść sukces, nie wkładając w to serca, czyli nie czując się blogerem. Jeśli ktoś zacznie mi płacić za blogowanie, to pewnie mogę zacząć pisać w miarę udany blog i odnieść sukces jako bloger, ale nie będę blogerem. W sercu, w głębinach duszy, mimo wszystko nie czułbym się blogerem.

Ale nie racjonalizujesz w ten sposób braków sukcesów na polu bloggingu?

CzJ: Nie sądzę, gdyby to była kwestia racjonalizowania sobie, to jako kontrast wybrałbym coś, w czym mam rzeczywiste sukcesy, jak np. "miłośnik kotów", a nie poezję.

Ale widzę tu dobrą radę dla wszystkich blogerów, którzy mimo starań nie odnieśli sukcesu - nie bądźcie blogerami.

CzJ: To znakomita rada, ale niestety nie da się tak po prostu zmienić swojej centralnej fantazji ;_;

Czyli smak porażki jest jedynym wyjściem dla tych, którzy nie załapali się na sute kontrakty z producentami wody i rowerów?

CzJ: Oczywiście nie; mogą przecież upatrywać sukcesu jako blogerzy w czymś zupełnie innym. Nie wiadomo dokładnie, na czym miałby polegac "sukces jako bloger"; sukces jako bankier polega na nastukaniu wchuj kasy, a sukces jako żołnierz na zabiciu wchuj ludzi; ale nie ma jakiejś normy sukcesu jako bloger. Nie sądzę, żeby liczba komci i wejść była dobrym miernikiem, pacz wykop-effect. Albo flejmy z WO.

Może wystarczy szacunek ludzi e-ulicy?

CzJ: Nie no, przecież nikomu nie zależy na szacunku wykopowców. Chyba. Tylko na szacunku we własnej niszy.

Dlaczego założyłeś bloga?

CzJ: Nie pamiętam... A już wiem. Chciałem napisać o pokoleniu płynu Lugola do szerszej grupy, niż mógłbym na fejsbuczku. A potem jakoś co jakiś czas się znajdowało coś, o czym chciałem napisać; bo mnie zdenerwowało albo ucieszyło. Przeważnie zdenerwowało. To jest trochę to, co Szymborska pisała o radości pisania: że w ten sposób można zmiażdżyć wrogów, ścigać ich i słyszeć jęki ich kochanków. Bez wychodzenia z domu.

Miałeś jeszcze jednego bloga.

CzJ: Właśnie zastanawiałem, czy założyłem go jako projekt artystyczny czy dla żartu. Zdaje się, że to miała być satyra na ideę blogowania, bo to było jeszcze w czasach, jak się zdawało, że blogi to takie maksymalnie egocentryczne pisanie "co u mnie słychać".

Jaką masz radę dla kogoś, kto nie ma bloga, ale chciałby go założyć?

CzJ: Nie korzystaj z żadnego z gotowych serwisów blogowych, ponieważ one dają nieduże możliwości, a bardzo ograniczają technicznie. Lepiej załóż własną stronę, używając otwartego systemu zarządzania treścią, takiego jak np. Joomla.

Dziękuję za rozmowę.

CzJ: To był dla mnie zaszczyt i przyjemność.

© pattern recognition
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci