Menu

pattern recognition

inżynieria memetyczna

Wszystko

[AC2013] Dzień dwudziesty

mrwisniewski

Dzień dwudziesty -- przedostatni piąteczek w roku.

Idę dziś do pubu, i wcale nie z okazji, że święta, ale ten okres sprzyja tego typu wypadom; ludziom, którzy rzadko stykają się z kulturą barową, polecam poradnik, wprawdzie z innego kręgu kulturowego, ale większość tych porad sprawdzi się i u nas.

Zamiast czekoladki -- miasto powoli wymiera, ludzie gdzieś na święta wydupczają, więc:

 

[AC2013] Dzień dziewiętnasty.

mrwisniewski

Dzień dziewiętnasty -- obżarstwo. 

Smutny -- i prawdziwy -- obrazek przypomniał mi o pułapce świąt i dlaczego ich nie lubię. Tyle dobrego jedzenia naraz. Bezsensu. Ciężko jest się kontrolować, jak się jest nałogowcem, ale w tym roku postanowiłem -- i biorę Was, drodzy blogoczytacze, na świadków -- że się nie dam. 

Pamiętacie pewnie moją notkę o byciu grubasem. Stan na dziś -- nie osiągnąłem jeszcze zamierzonej wagi, ale powoli, powoli się do niej zbliżam. Kontroluję spożycie. Ruszam się z rekwizytami i bez. Najgorsze, że wszystko jest w głowie. Niektórzy w warunkach stresujących, długodystansowych projektów zmieniają się w anorektyczne szkieletory. Ja z ostatniej przygody (sierpień-wrzesień) wyszedłem pięć kilo cięższy. Taki los. Handluję z tym. I postanawiam, żeby nigdy więcej. 

Zamiast czekoladki, hihi. 

Zamiast czekoladki piosenka o pozytywnym grubasie:

 

[AC2013] Dzień szósty.

mrwisniewski

Dzień szósty -- mikołajki. 

A wiecie że "mikołajki" to zeświecczona nazwa dnia Świętego Mikołaja obchodzonego 6 grudnia w Polsce, obchodzona na cześć świętego biskupa Mikołaja z Miry?

A wiecie że tradycję tę wykorzystuje się też w celach handlowych?

A wiecie że Nazwa mikołajki pojawiła się w czasach PRL, na określenie miłej tradycji obdarowywania się 6 grudnia, ale z pominięciem samego świętego. Dziś nazwa ta określa zwyczaj (obecny m.in. w wielu szkołach) wymieniania się drobnymi prezentami z wcześniejszym losowaniem „swojego mikołajka” czy „swojej mikołajki” (czyli osoby, którą się obdaruje)?

A ja wiem, bo czytam polską wiki. Ale polska wiki jeszcze nie wie, że dziś się nie mówi "mikołajki" na wymienianie drobnymi prezentami, bo jest anglosaskie "secret santa". Podobno nabyte przez obcowanie z kinematografią (serialografią?) anglosaską. 

Zamiast czekoladki -- piosenka o Mikołaju:

 

Tak naprawdę wcale nie o Mikołaju, tylko Bożenarodzeniemanie, ale kto by ich odróżniał.

84. Rozpowszechniaj informacje

mrwisniewski

Dzień osiemdziesiąty czwarty.

Pani kominkowa uważa, że blog mógłby stać się archiwum informacji o ważnych bieżących wydarzeniach. Dziennikarstwo blogowe!

 

Here is the news:

  • Kryzys w social media. Krytyka Polityczna demaskuje znanego pisarza młodzieżowego, który przyznał się w sieci społecznościowej do bicia dzieci. Chcesz wiedzieć więcej?
  • Marsz Szmat. W Warszawie odbył się Marsz Szmat przeciwko przemocy seksualnej i obwinianiu ofiar. Internet zareagował wykwitem krótkich fiutków na forach, czyli to żaden news.
  • Koniec Doktora. Skończył się siódmy sezon serialu "Doctor Who", któremu towarzyszył ciekawy eksperyment - polskie BBC Entertainment pokazywało premierowe odcinek dzień po BBC One. Piraci szybko wymyślili stos wymówek, by nadal ściągać serial z sieci. Kolejny odcinek -- jubileuszowy, z okazji pięćdziesięciolecia -- dopiero w listopadzie, tysiące nerdów nie wiedzą co ze sobą zrobić.
  • Na nowej drodze życia. Znany poeta żiżkański Cześć Jacek się ohajtał w weekend. Gratulacje od całego teamu mrw.blox.pl dla Jacka i Szczęśliwej Wybranki!
  • Zatroskani prawicowcy. Ekipa forum rebelya.pl podczytuje blogaska i martwi się o nasze dusze nieśmiertelne. Chcesz wiedzieć więcej?
  • Dairy drama. W mlekomacie w sklepie Społem skończyło się wczoraj mleko, planowana dostawa w poniedziałek. Mleko z pudełka okazuje się niesmaczne, jak się człowiek przyzwyczai. 
  • Noc muzeów. Wyspałem się jak nigdy!

81. Wyjdź na zewnątrz

mrwisniewski

Dzień osiemdziesiąty pierwszy.


Wyjdź z domu, mówi pani kominkowa, zdobądź nowe doświadczenia, zrób coś innego niż zwykle. Hahaha, jazz etniczny, żaaart, jakbym ostatnie Masło czytał.

No i jestem w kropce, bo nie mam nic. Wychodzę z domu, jadę tramwajem do pracy, wracam, gram w gry wideo, nie mam nic. 

We wtorek byliśmy w kinie, ale to przecież nic nowego, nawet film niezbyt nowy, chociaż nowy, bo trzecia część. Ironman 3 w 3D. Mógłbym napisać recenzję, w której porównałbym go do ostatniej części nolanowskiego Batmana, wskazując liczne, ale jakże różne, paralele; pochwalił za ciekawą subwersję głównego motywu, która niestety w rezultacie przyniosła małe rozczarowanie, upodobniając film zbytnio do poprzednich części i zasmucił nad zmarnowaną postacią Pepper Pots. Ale nie napiszę, bo to nic nowego, nie na temat. Nie mam nic. 

Nie mam nic, wychodzę z domu, jadę tramwajem do pracy, wracam, gram w gry wideo. Nawet ludzie w tramwaju ci sami, panna wyglądająca jak zdrowa Amy Whinehouse; nudna korposzczurka, wkurzający student, woniejący dziadzio, nawet nie ma komu zajrzeć przez ramię, zobaczyć coś śmiesznego w telefonie albo empetrójce, nic, nie mam nic. 

Nie mam nic, wychodzę z domu, jadę tramwajem do pracy, wracam, gram w gry wideo i nawet nie mogę o tym blogować, bo gram za pieniądze. Tzn. nie tak, pieniądze mam za pisanie o tym, że gram, nie tak jak ci kolesie od e-sportu, zobaczyłem ile zarabiają jak są dobrzy, ale nie sądzę, żeby nawet taka kasa skłoniła mnie do grania w RTSy. 

Nie mam nic, wychodzę z domu, jadę tramwajem do pracy, wracam, gram w gry wideo, flejmuję na fejsie, to też nic nowego, już nie robią nowych flejmów... nie mam nic, nawet nowych żartów nie wymyślam, stwierdziłem, że skoro nikt nie chce oglądać polecanego przeze mnie Stewarta Lee, to będę kradł jego dowcipy i używał do własnych celów; przerobiłem jeden skecz na konwersację biurową, cow-orker nawet nie zorientował się, co go trafiło. 

Nie mam nic, wychodzę z domu, jadę tramwajem do pracy, wracam, gram w gry wideo, trzymam ulotkę "Tańca wampirów" z Berlina i biję się z myślami, czy wydać tysiaka na posłuchanie niemieckich wersji piosenek Jima Steinmana. Miałbym przynajmniej o czym napisać na blogu, nigdy nie widziałem musicalu na żywo.

A tak - nie mam nic.

56. Zwiedzaj świat

mrwisniewski

Dzień pięćdziesiąty szósty.

"Czy piłeś kiedyś herbatę w cieniu Taj Mahal" pyta pani kominkowa, na co mogę odpowiedzieć, że nie, ale np. jadłem kiedyś donuta w cieniu Fernsehhturm. Czy podróże kształcą? Nie wiem; jak mówi przysłowie - "nawet jeśli osioł wyruszy w podróż, nie wróci jako koń"; co z wycieczek do USA przywieźli Węglarczyk i Ziemkiewicz?

Wycieczka do Berlina przyniosła mi (oprócz publikacji w książce papierowej) wiedzę, która zepsuła frajdę z oglądanie filmu "The International". Nie był to film, o którym się pamięta na drugi dzień, ale nigdy nie zapomnę pierwszej sceny, przedstawiającej szalony ruch samochodowy pod berlińskim dworcem głównym. Guys do you even Berlin, you guys. 

Tymczasem, skoro już mowa o podróżach, pozwolę sobie polecić kolejny przewodnik z serii Pascal Lajt, tym razem po Wiedniu:

Przewodnik wspiera część publicystyczna, w której Wojtek Orliński pisze o zdobyczach socjalnych Czerwonego Wiednia, Marceli Szpak robi sobie krzywdę twórczością Michaela Haneke, a ja mam wreszcie okazję - za co nigdy nie mogłem się porządnie zabrać na blogu - napisać o największym synu Wiednia, piosenkarzu Falco.

Zapraszam!

Cool for Cats

mrwisniewski

W singstorze rzucili w ramach nowości "Cool for Cats" grupy Squeeze z 1979 roku, więc ma tyle lat co ja! 

 

  • Fun fact: teledysk w wersji singstarowej jest ocenzurowany: cygaro klawiszowca zostało rozmazane; dobrze, że te odziane w ciasne leginsy pupska zostały nietknięte!

Uwielbiam ją od dawna, chyba od czasu, kiedy na Sky One leciały te doskonałe reklamy mleka:

 

Tytuł piosenki, jak się okazuje po lekturze wikipedii, nawiązuje do tytułu brytyjskiej audycji telewizyjnej, w której puszczano rocka. A wcześniej ten sam tytuł nosił program z Radia Luxemburg.

Więc w wolnym tłumaczeniu "Cool for Cats" to "był Luxemburg, chata, szkło". 

Boże coś USA

mrwisniewski

 

Marceli robi analizę Frankowi, wskazując na to, że on sam to sobie robi, nakręcając spiralę nienawiści we własnej głowie. Fronesis znajduje w tym filmie (chwilowe) katharsis (ja nie), ale słusznie wskazuje na zerowy potencjał rewolucyjny. True that: w filmie obiektem ataku padają różne "akceptowalne cele", wszystko jest na maksa poprawne politycznie; w takim sensie, że nie wychyla się poza hollywoodzki standard komediowy (jak napieprzanie w celebrytów obecne w każdej durnej komedii typu "Disaster Movie", którą polecam obejrzeć każdemu, bo jest jak mięsny jeż). 

Podobała mi się scena w biurze, bo była tak boleśnie prawdziwa; doskonała ilustracja istoty BKŚ-zmu: biurowe wesołki powtarzające homofobiczne dowcipy po Szymonie Majewskim. I ten moment, kiedy Frank dystansuje się od tego wszystkiego i tłumaczy cierpliwie koledze, to było dobre. 

Ale Frank jest wciąż więźniem swojej nienawiści (co sygnalizuje już pierwsza scena), przez co staje się symetrycznym bucem do tych, których nienawidzi; nie wszedł na ten wyższy poziom, w którym - SCOTT PILGRIM EARNED THE POWER OF UNDERSTANDING- zamiast nienawiści przychodzi zrozumienie. 

Mam wrażenie, że Frank to ten chłopak z "Buszującego w zbożu", który nie zrealizował genialnego planu

Wymyśliłem sobie na to sposób: będę udawał głuchoniemego. Jako głuchoniemy nie będę musiał prowadzić z nikim głupich rozmów bez sensu. Kto będzie miał do mnie interes, napisze kilka słów na kartce i podsunie mi pod oczy. Prędko się ludziom takie rozmówki sprzykrzą i dadzą mi święty spokój aż do końca życia. Będą myśleli, że jestem nieszczęsny kaleka, i przestaną mnie nudzić.

i zamiast ucieczki wybrał konfrontację. Tylko - za późno, nieumiejętnie, niepotrzebnie. I ze złych pobudek. Choć jedną z nich - bezsilność - rozumiem doskonale. 

Dobrze obejrzeć ten film, bo jest zabawny na kilka dobrych chichów; dobrze się też w nim przejrzeć. Żeby móc powiedzieć:

Nie jestem Frankiem. 

A Ty?

Mission Impossible: Ghost Protocol Director`s Cut

mrwisniewski

Pierwsza Misja Niemożliwa (De Palmy) była dobra - zakręcona intryga, ikoniczne sceny. Druga - w reżyserii Johna Woo - tragiczna; slowmo z HK w ogóle nie pasowało do kina szpiegowskiego. Serię zrehabilitował J.J. Abrams w znakomitej trzeciej części ( z dużą pomocą Philipa Seymoura Hoffmana). 

Czwarta zachęcała trailerami i rozbudowaną rolą Simona Pegga. Niepokoił mnie tylko reżyser, Brad Bird. Facet z zerowym doświadczeniem w filmach aktorskich, więcej - z zerowym doświadczeniem w filmach dla dorosłych. Autor rzewnych familijnych historyjek z Pixara, którego trochę nie lubię za film o prześladowaniu mężczyzn pt. "Incredibles". I właśnie przez ten film w ogóle był w ogóle brany pod uwagę. J.J. Abrams niestety był zajęty postprodukcją "Super8", a Edgar Wright - "Scotta Pilgrima". Straszna szkoda. 

Ale to wszystko piszę teraz. Do kina poszedłem bez uprzedzeń. I co dostałem: o ile sceny akcji są co najmniej interesujące (myk z niewidzialnością: prze-cud-ny!), o ile można wybaczyć słabość intrygi (taki to już żenr), to film jest ewidentnie źle wyreżyserowany. Łopatologia ekspozycji i flashbacków i chodzących Kapitanów Obwiesiów jest aż widoczna; ale to wszystko dało by się przeżyć. Nie dało się natomiast przeżyć rzewnych, emocjonalnych scen w których bohaterom jest smutno, bo ocierają się o śmieszność. Wiem, bo parsknąłem.

I są to wszystko trejdmarki reżysera, który dostał do łap coś, na czym w ogóle się nie zna. 

No i trochę mi żal, bo jakoś lubię tę franczyzę. I żal, że ta cała robota kolesi od wymyślania fajnych gadżetów i scen (burza piaskowa!) poszła na marne, bo ktoś zapomniał, że to nie animowany wyciskacz tanich łez. 

Mój wymarzony director's cut MI:GP to wycięcie z niego tego reżysera.

© pattern recognition
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci