Menu

pattern recognition

inżynieria memetyczna

science fiction (double feature)

Trzecia część trzeciej trylogii

mrwisniewski

Słyszałem strasznie śmieszną plotkę: podobno Joss Whedon ma zrobić IX odcinek Star Warsów. Już nie mogę doczekać się tych odczapistycznych onelinerów, które już nawet nie udają dialogów. 

Ale jakby się zastanowić, to ma sens. Spójrzmy na strukturę poprzednich trylogii:

IV. ANH - fajny

V. ESB - bardzo fajny

VI. ROTJ - what the fuck, never go full ewok

I. TPM - (relatywnie, jak na prequele) fajny

II. AOTC - (relatywnie, jak na prequele) bardzo fajny

III. ROTS - what the fuck, Anakin, you were the chosen one!

Widzicie pattern? A teraz:

VII. reżyseruje J.J. Abrams, zbawiciel Star Treka, autor najlepszej część Mission Impossible, który w Super8 pokazał, że doskonale rozumie to co  u nas filmoznawcy nazywają "kinem nowej przygody" - ten film będzie z pewnością fajny.

VIII. reżyseruje Rian Johnson. Rian Fucking Johnson. Rian FUCKING BRICK&LOOPER Johnson. Ta część jest predysponowana  do bycia BARDZO FAJNĄ. 

IX. Joss Whedon. WHAT THE FUCK. Już widzę jak te wszystkie postacie starannie wprowadzone i rozwijane przez JJ i Riana kończą mamrocząc śmieszki Whedona. 

Widzicie, to jak poezja, rymuje się 

 

Ziemia-65

mrwisniewski

Skoro już mojego blogaska porastają pajęczyny, to napiszę dwa słowa o jedynym filmie o superherosach, który -- gdyby powstał, co się nigdy nie stanie -- mógł mnie jeszcze poruszyć.

Nie śledzę dokładnie leaków ze shakowanych mejli Sony, ale między wierszami na imageboardach wyczytałem, że studio chyba wycofuje się z planów dotyczących franczyzy "Amazing Spider-man"; Pająk trafi do MCU (do którego będzie pasował jak gil do nosa; jedną  z supermocy Spider-mana są zabawne one-linery; cóż będą znaczyć w zjosswhedonizowanym uniwersum, gdzie takimi onelinerami rzuca każdy kto tylko pojawi się na ekranie?). 

Gwen_Stacy
No trudno; w sumie nie jest źle. ASM i ASM2 (reż. Marc Webb) stanowią razem ładną i spójną opowieść (uważam, że to najlepsze co Marvela w kinie); historię tragicznej miłości Petera Parkera i Gwen Stacy. Zwróćcie uwagę, jak fatalnie wątki romansowe wypadły w trylogii Raimiego: wprowadzenie Mary Jane w pierwszych kadrach sprawiło, że odbijali się z od siebie jak kule bilardowe (to chyba spadek po kulturze serialowej i przesądzie, że szczęśliwe pary są nudne). A sposób, w jaki była wprowadzona i użyta Gwen zasługuje na kryminał. Seria AMS naprawiła ten błąd, wprowadzając doskonałą Gwen (silną i samodzielną, która nie jest damsel in distress, tylko pcha się w danger zone) zagraną genialnie przez Emmę Stone. Oczywiście, w trzeciej części już by się nie pojawiła, dlatego też nie będę jakoś strasznie rozpaczał z powodu jej skasowania.

No dobra, to napiszę, co bym chciał #fundacjamammarzenie 

Chciałbym, żeby teraz wzięli Emmę Stone i zrobili ekranizację komiksu "Spider-Gwen". To jedna z wielu marvelowskich historii alternatywnych, rozgrywająca się w równoległych wszechświatach, tu - w takim o nazwie kodowej Earth-65 (oryginalne uniwersum Marvela ma numer 616). Fabuły można domyślić się z tytułu: to nie Peter Parker, ale Gwen Stacy stała się ofiarą radioaktywnego pająka i zyskała jego moce (Peter zaś - SPOILER ALERT - ginie w smutnych okolicznościach).

SpiderGwen
No i tyle. Emma Stone. Spider-Gwen. Mogę sobie pomarzyć. 

Metafizyka podróży w czasie

mrwisniewski

Tyle nowości! Nowe szaty bloxa, nowy aktor w głównej roli w "Doktorze Who", czas zdmuchnąć z blogaska warstwę kurzu. 

PeterCapaldiDoctorWhoTimeoftheDoctor

Peter Capaldi, Dwunasty Doktor; aktor starszy niż dwóch ostatnich bishonenów (#teuczuciekiedyjesteśstarszyoddoktora, koniec z nim!); powrót w stronę klasyki. Z oczywistą obawą, jak takie zmiany przyjmie młode pokolenie nerdów i nerdettek. W pierwszym odcinku nowej serii ("Deep Breath") Moffat zastosował uderzenie wyprzedające i skonstruował metafabułę (coś za często mu się to ostatnio zdarza, vide pierwszy odcinek trzeciej serii "Sherlocka"; ale może w dzisiejszym świecie tumblra i twittera się inaczej nie da), używając postaci Clary, towarzyszki Doktora zdumionej jego nowym wcieleniem, jako awatary widowni. Czyli w zasadzie do tego, do czego powinny służyć towarzyszki.  

I, for one, welcome our new Timelord. Starszego, dziwacznego, zagubionego. 

Genialnego.

Ale nie o tym chciałem zrobić notkę.

firesofpompeii1

Peter Capaldi (nie on pierwszy zresztą) wystąpił już wcześniej w "Doktorze Who", w odcinku "Fire of the Pompeii", gdzie zagrał widocznego na zdjęciu Pompejczyka, cudem uratowanego wraz z rodziną z wulkanicznej zagłady. Tzn. nie cudem, tylko TARDISem. 

Odcinek był pełen żartów z łaciny; nawet owa rodzina ocaleńców występuje w czytance do łaciny w podręczniku Cambridge.

Pomyślcie o tym przez chwilę.

Doktor podróżując w czasie tak naprawdę nie przenosi się w przeszłość, tylko w przestrzeń narracji. Czas jest tylko opowieścią. Legendą. To dlatego gdy spotyka Szekspira, ten wygląda jak z "Zakochanego Szekspira". To dlatego z Agatą Christie przeżywa przygodę jak z jej powieści. To dlatego w "Black Dossier" można wypatrzyć TARDIS. To dlatego wiktoriański Londyn z "Deep Breath" nie wygląda jak zaszczurzony śmierdzący ściek, tylko jak steampunkowa cepelia. Bo Doktor przeniósł się do takiej właśnie cepelii. 

I to ma sens. Przeszłość istnieje tylko jako wspomnienie, coraz bardziej zatarte, i zbiór mniejszych lub większych kłamstw i interpretacji zwanych "historią". Przyszłość jest tylko zbiorem marzeń, lęków i nadziei. Jest to prawdą zarówno w "Doktorze Who", który w ostatnich sezonach dostał baśniowego sznytu, jak i w rzeczywistości. Jedyne podróże w czasie, jakie będą możliwe, to skok w jakąś książkę. Jak w tamtym durnym serialu.

Tom Baker!

mrwisniewski

Tom Baker skończył dziś 80 lat!

Znalazłem ten obrazek w niekończącym się wątku o Doktorze Who na 4chanie, ale się z nim zgadzam -- właśnie od Toma Bakera jako Czwartego Doktora zacząłem przygodę z serialem i każdemu to polecam, zwłaszcza "Genesis of the Daleks"). 

Ale Tom Baker to nie tylko Najlepszy Doktor (co zostało oficjalnie potwierdzone w odcinku na pięćdziesięciolecie), były mąż obecnej żony papieża ateizmu Dawkinsa i narrator "Małej Brytanii". To także Sherlock Holmes z czasów, kiedy nie było tumblra:

 

i przewodnik Ducha Hopkirka z czasów, kiedy brytyjskie seriale leciały w polskiej TV, a nie na torrentach:

 

Many happy returns!

[AC2013] Dzień dwudziesty pierwszy.

mrwisniewski

Dzień dwudziesty pierwszy -- merry xmas everyone.

Święta zawsze były ważne dla "Doktora Who"; nic dziwnego, w końcu to brytyjski serial. 

 

W pięciu odcinkach ("The Christmas Invasion", "The Runaway Bride", "Turn Left", "The End of Time" i "The Power of Three") można zaś usłyszeć największy gwiazdkowy brytyjski przebój, "Merry Xmas Everyone", który zastąpi dzisiejszą czekoladkę:

 

Nic tak nie wyraża ducha świąt jak życzenia prosto od Jimmy'ego Savile'a.

[AC2013] Dzień siedemnasty.

mrwisniewski

Dzień siedemnasty -- nieczekanie. 

Kalendarzy adwentowy polega na tym, żeby sobie uprzyjemniać czekanie na. 

Na Doktora, oczywiście. 

Ale nie wszyscy, rzec jasna, czekają; nie czeka np. Lawrence Miles.

So there it is. All Doctor Who is ridiculous, hackneyed, and saa-aad - let's say it, unwatchable - unless you're primed to understand its place in history. This is, and will be, just as true of the present series as it was of the past: future generations, should they be able to neuro-experience their complete set of iPsych engrams before complete global meltdown, won't be able to appreciate the Matt Smith era unless they also appreciate superhero movies, the cinema version of Harry Potter, XBox-age video gaming, or the early twenty-first-century version of slash-fic. I don't appreciate any of these things, which is why I find it unwatchable now, and also why I hate the modern world. Natch.

Nie czeka, ale jak ładnie nie czeka; w świecie slashowo-onanistycznej kultury nerdowo-serialowej zamieszkałym przez równie bezmyślnych lajkerów i hejterów cieszy mnie każda podszyta oznaką myślenia opinia, nie ważne, czy się z nią zgadzam, czy nie.

Zamiast czekoladki piosenka z deluks edycji "The Suburbs", 

 

w której Arcade Fire mocno się mylą: tak naprawdę nie ma żadnej wojny. 

To nie wojna, to kulturowy holokaust. 

50 lat temu

mrwisniewski

Pięć lat temu napisałem tekst na 45 rocznicę "Doktora Who" do Nowej Fantastyki; z okazji jutrzejszej rocznicy 50 pozwolę sobie zamieścić jego fragment:

23 listopada 1963 roku Brytyjczycy zgromadzeni przed telewizorami usłyszeli dziwne dźwięki, które ułożyły się w melodię z innego świata. Rozpoczęła się era „Doktora Who”. Pierwszy odcinek, „Pozaziemskie dziecko” („Unearthly Child”) opowiadał o piętnastolatce, Susan Foreman, która zaskoczyła swoich nauczycieli z londyńskiego liceum niespotykaną inteligencją i wiedzą. Ciało pedagogiczne w postaci Barbary Wright i Iana Chestertona śledziło niezwykłą uczennicę, by trafić do jej dziadka, dziwnego starca zamieszkującego... policyjną budkę telefoniczną, która w środku była znacznie większa niż na zewnątrz. Jest bowiem zakamuflowanym (przy pomocy „obwodu kameleona”) TARDIS-em (Time And Relative Dimensions In Space) - statkiem kosmicznym pozwalającym na podróżowanie w czasie. Dziadek Susan, który nazywa siebie Doktorem, zabiera parę nauczycieli w czasoprzestrzenną wyprawę. Wkrótce okazuje się, że enigmatyczny Doktor jest kosmitą od dwóch sercach, pochodzi z rasy Władców Czasu z planety Gallifrey i skrywa jeszcze wiele tajemnic - zagadkowość była przecież założeniem ujętym w samym tytule serialu.

Zaledwie dzień przed emisją „Pozaziemskiego dziecka”, jakby na zlecenie szalonego, kosmicznego autora podręczników historii, zmarło trzech sławnych ludzi: w Dallas zastrzelono prezydenta Kennedy'ego, umarł C. S. Lewis, odszedł także Auldous Huxley. Żaden z tych przykrych przypadków nie miał oczywiście bezpośredniego związku z emisją serialu, ale dobrze wyraża ówczesny zeitgeist. JFK, prezydent budujący wizję podboju kosmosu. Auldous Huxley, przedstawiający w „Nowym Wspaniałym Świecie” przyszłość, która przeraża dehumanizacją. C.S. Lewis, autor cyklu „Kroniki Narni”, oferujący ucieczkę do lepszego, chociaż również niedoskonałego świata. I „Doktor Who” zawiera te wszystkie idee. Nieco naiwna, ale potężna wiara w ludzkość, jaką żywi Doktor pachnie optymistycznymi przemówieniami Kennedy'ego. Dalekowie i Cybermeni, którzy oddali swe ciała i dusze pod kontrole technologii to ów huxleyowski wspaniały świat. I wreszcie stara szafa Lewisa... Czymże innym jest bowiem TARDIS? Ten statek kosmiczny i wehikuł czasu, przebrany za kawałek klasycznie brytyjskiego i niepozornego drewnianego obiektu, niczym mebel z tytułu powieści Lewisa, okazuje się drzwiami do innej krainy. Z tą różnicą, że nie prowadzi li jedynie do chrześcijańskiej baśni o lwie i czarownicy, ale do dowolnego miejsca w czasie i przestrzeni. I nie zamyka swoich drzwi przed dorosłymi, lecz także im pozwala puścić wodze fantazji.

I kawałek z tekstu z "Gazety Telewizyjnej":

W 1962 Sydney Newman wpadł na najlepszy pomysł w historii seriali SF: stworzył postać Doktora, obcego o dwóch sercach, przemierzającego czas i przestrzeń w TARDIS-ie, statku kosmicznym zakamuflowanym jako niebieska policyjna budka telefoniczna. Pomysł został sprzedany BBC jako „misyjny” - serial „uczył bawiąc”. Doktor wraz z ludzkimi towarzyszami podróży miał przenosić się w przeszłość, co pozwalało pokazywać postacie historyczne, oraz w przyszłość, przedstawiając techniczne i naukowe nowinki. To wersja oficjalna - naprawdę chodziło o fantazję, przygody i emocje. Na ich brak nie można było narzekać - już w czasie drugiej podróży Doktor i spółka trafili na planetę zamieszkałą przez Daleków, zmutowaną rasę kosmicznych morderców o nazistowskich poglądach. Dalek różnił się diametralnie od typowych dla SF „owadookich potworów” - kosmita zamknięty w przypominającym olbrzymią solniczkę, praktycznie niezniszczalnym pancerzu łypał złowrogo cybernetycznym okiem i celował w bohaterów (i widzów!) miotaczem śmiercionośnych promieni. Dodajmy do tego mechaniczny, skrzekliwy głos powtarzający „Eksterminować! Eksterminować!” i otrzymamy obraz stracha, który sprawił, że kilka pokoleń Brytyjczyków nie potrafiło zasnąć przy zgaszonym świetle. Do dziś w użyciu jest termin „behind the sofa” (oznaczający chowanie się za kanapą ze strachu przed programem telewizyjnym), a „Dalek” trafił do słowników i piosenki „Remote Control” punkowej grupy „The Clash”.

Geniusz pomysłu „Doktora Who” widać choćby na tle innego słynnego serialu SF, „Star Treka”. Kiedy scenarzyści chcieli urozmaicić sztampę kosmicznej podróży z planety na planetę, kazali bohaterom przeżywać przygody w sztucznym świecie gry komputerowej. Dla twórców Doktora jedynym ograniczeniem był skromny budżet, równoważony nieograniczoną wyobraźnią, której starczyłoby na obdarowanie całej branży SF. „Terminator”? To wszystko już było wcześniej w „Doktorze Who” - armie morderczych cyborgów, próba zmiany historii przez zamordowanie kogoś z przeszłości... A jak nazywał się system wirtualnej rzeczywistości z rodzinnej planety Doktora, pokazany w 1976 roku? Niespodzianka: „Matrix”.
Ale najważniejsi byli towarzysze Doktora - ludzie, których zabierał w swoje wyprawy, by wraz z widzami dziwili się cudom wszechświata. Nie trzeba było wytężać wyobraźni i udawać, że jest się kapitanem statku kosmicznego - o ile piękniejszym i namacalnym jest marzenie, że któregoś dnia usłyszymy charakterystyczny dźwięk materializującego się TARDIS-a, a Doktor zabierze nas na jego pokład! 

I refleksja na dziś -- serce rośnie, gdy spojrzeć, jak rozrósł się fandom, jak wzrosła świadomość Doktora! O tym, jaka była niska pięć lat temu niech świadczy zdjęcie wybrane przez redakcję NF do zilustrowania mojego artykułu:

Mimo zmyłkowego logotypu w rogu, obrazek pochodzi z zupełnie innej serii.

Ale najbardziej mi się podoba w tych nowych czasach, że w końcu Doktora można NORMALNIE oglądać w telewizji, w dniu premiery.

Lem w kosmosie

mrwisniewski
I tak:
  • Planowo o godzinie 8:10:11 czasu polskiego z bazy wojskowej Jasny wystartowała rosyjska rakieta Dniepr z pierwszym polskim satelitą naukowym BRITE-PL "Lem". 
  • Odłączenie satelity BRITE-PL "Lem" od górnego stopnia rakiety nośnej Dniepr nastąpiło po 15 minutach i 50 sekundach od startu na wysokości 650 km nad Oceanem Indyjskim. 

No to poleciał. 

Taka noc

mrwisniewski

...zdarza się raz na 50 lat. 

Noc Doktora.

 

Jestem doktorem, ale nie tym, którego się spodziewałaś.

Niecałe sześć i pół minuty.

Niecałe sześć i pół minuty, żeby zmieścić historię tragiczną, historię epicką; uhonorować kontinuum ze słuchowisk, w którym Ósmy Doktor żyje i ma się świetnie, mimo niepowodzenia filmu telewizyjnego z 1996 (który akurat lubię); zmieścić jeszcze trochę humoru i zbudować ciągłość w przerwanej na długie lata serii, rytuał zamknięcia, którego brakowało. Dawno nie widziałem w internecie tylu szczerze uradowanych fanów. Jakby gwiazdka przyszła wcześniej.

Niecałe sześć i pół minuty, żeby zbudować niesamowity wstęp do niesamowitego odcinka. To już 2013.11.23. 

 

Fuck you, Stuart, fuck you, Vince! Happy birthday, Paul McGann!

Grawitacja

mrwisniewski

Parę słów o "Grawitacji" napisałem w felietonie o grach.

Tu bym chciał zostawić post scriptum.

Jaki jest morał tego filmu?

  • kosmos jest okropnym i nieprzyjaznym miejscem
  • lepiej zostań w domu
  • grawitacja trzyma nas na Ziemi i niech tak zostanie
  • marzysz o podboju kosmosu? przestań

DON'T. EVER. DREAM.

© pattern recognition
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci