|
inżynieria memetyczna
wtorek, 09 lutego 2010
Dzieci w sieci
Niezawodny inżynier Mruwnica odkrył dziś dzieci w sieci na blipie (wiedzieliście, że przyszłość narodu mówi "holokaust" na - chyba - lekcję historii? Niech ktoś napisze do Alert24!). Urocze dzieciaczki z 3 LO, które na blipie (a kiedyś na forum naszej-klasy) dzielą się demotywatorami z joemonstera, pokazują zdjęcia z dyskoteki, umawiają się na kulig i nawet odrabiają wspólnie lekcje. Niesamowite. Oni cały czas są w szkole! Za moich czasów jak się wychodziło ze szkoły to się wychodziło ze szkoły, kontakt z klasą (nie licząc kumpla/paczki/dziewczyny) się na resztę dnia urywał. A dzieci sieci nadają do siebie przez internet, jakby siedzieli w jakimś wirtualnym Hogwarcie. "Zgrana klasa" oznacza dziś klasę w tysiącu jotpegów zgraną na pendrive'a.
poniedziałek, 08 lutego 2010
W kupie raźniej
Motyw swingersów jest bardzo popularny w popkulturze, więc taki tam artykuł z "Polityki" niczego nowego w mój memetyczny horyzont zdarzeń nie wnosi. Poza małym mindfuckiem, o którym wcześniej nie myślałem. Bo o ile nietrudno mi wyobrazić sobie zabawę w kwadracie (internet is really, really great), to zwieszam się na wyobrażeniu takiego spotkania para-z-parą u kogoś na kwadracie. Wpadają sobie na chit-chat przy kawusi? Zrzucają się na pizzę? Grają rundkę Singstara na przełamanie lodów? Rozmawiają o polityce, po czym ktoś - zakładam, że najbardziej burkliwy facet - rzuca hasło "dość pierdolenia, ruchajmy się"?
niedziela, 07 lutego 2010
Remember, that is all in your head
Jest coś pięknego w tym, że plakat filmu o diable przy szerokości 450 jest wysoki na 666 pikseli. Gutek filutek kisił ten film tyle czasu, żeby teraz napierdalać w mediach "ostatnim filmem Heatha Ledgera". A przecież jest to przede wszystkim jednakoż film Terry'ego Gilliama, którym wraca do swojej nieoficjalnej trylogii marzycieli ("Złodzieje czasu", "Brazylia", "Przygody Barona Munchhausena"), tym razem w centralnym punkcie stawiając nie marzycieli, a twórcę opowieści pomagającego marzyć: oto dzieło starzejącego się artysty, który ma jeszcze tyle do opowiedzenia, a coraz mniej czasu (ironia pieprzonego losu). Piękny film. Piękne role. Tom Waits w meloniku i wąsie; Lily Cole (ach, Lily Cole, ostatnio widziałem ją jako geekową Poly w "St. Trinnians"; chyba można z niej ulepić wszystko) jako młodziutka córka doktora; cudowni Heath i przyjaciele, kanalizujący się wzajemnie w jakimś przedziwnym metafizycznym cudzie. Gilliam wraca do zakurzonego teatru, cytując "Barona" (naga Lily jak Uma-Venus, balony, głowy; filmy zresztą dzielą scenarzystę) czy nawet Monty Pythona. Mając cały czas świata trzeba pamiętać, że ptak czasu niesie gorzki owoc. Recenzent "Esesnji" doszukuje się w "Parnassusie" krytyki szarości dzisiejszych czasów; ja to odbieram jako film o zmęczeniu i starości, kiedy świat idzie do przodu, a ty zostajesz (ciekawe, że aktor grający Parnassusa podkłada też głos zgorzkniałemu dziadkowi z pixarowskiego "Up"). Piękny wiek? Piękny wiek to 16 lat. A nasze czasy nie są szare, skoro wciąż powstają takie piękne i kolorowe filmy.
sobota, 06 lutego 2010
Jeśli zginiesz w komiksie, zginiesz naprawdę
Koszmar (a może mokry sen?) twórcy: zostać wciągniętym do stworzonego przez siebie świata (co mi przypomina, że dawno miałem zrobić notkę o "Cool World"). Połączmy to wciągnięcie z ideą "sadystycznego boga-rysownika" i dostaniemy fajną grę "Comix Zone" z 1995 roku (na konsolę SEGA Megadrive, wyszła też na PC i jest dostępna w XBLA), historię rysownika, który zamienił się miejscami z postacią arcywroga ze swojego komiksu. Teraz musi walczyć z zastępami wymyślonych przez siebie mutantów, a siedzący przy biurku łotr dorysowuje mu nowych przeciwników. Wszystko zaczęło się trzy lata wcześniej od pomysłu na metanarrację przedstawionego w tym animowanym demo:
Ach ten początek 90, które jedną nogą stały w ejtisach - gdy pojawiła się na rynku w połowie dekady, koleś nazywał się już Sketch Turner i był ubrany jak zawodnik ulicznego basketu - w szorty do kolan i bezrękawnik z kapturem. X naszyte na spodenkach pewnie oznacza XTREME, bo dziewięćdziesiąte były XTREEEEEEME.
Gra jest trudna (dla mnie) i nie wybacza (czasem można zapędzić się w śmiertelny zaułek bez wyjścia, bo się wcześniej nie zabrało jakiegoś przedmiotu), wymaga też odrobiny kombinowania - często zamiast używać pięści i tracić energię trzeba ominąć przeszkodę w inny sposób. Komiksowa narracja i metanarracja wymiata - ramki i dymki, bohater skaczący między kadrami, robiący zabójczy samolocik z kawałka papieru urwanego z tła albo uciekający przez podpaloną przez łotra kartkę. Strasznie fajne.
czwartek, 04 lutego 2010
Roboty, lasery, bajery
Trzeci (pierwszy, drugi) teledysk z nowej płyty Muse do tytułowego, bardzo poruszającego singla, został złożony z fragmentów koncertów:
A wczoraj właśnie grali w Singapurze, więc mam relację z pierwszej ręki (pasta z czata, więc w formie surowej):
I se tak myślę, że chociaż kocham ciasną przestrzeń klubu czy festiwalu, to jednak koncert z full wypasem to jest coś. I nigdy nie zapomnę prezenterowi Kaczkowskiemu, że nam zaspoilerował jedną efekciarską niespodziankę na koncercie Rogera Watersa.
środa, 03 lutego 2010
wtorek, 02 lutego 2010
Kosmici i sarmaci
Nomicje do golasów - Mord elektryczmym prądem się rozpostrze, Syn przeciw ojcu pochwyci za ostrze, Brat przeciw bratu - siostra przeciw siostrze - tzn. Cameron vs. była pani Cameronowa, ale mnie najbardziej cieszą nominacje dla "Dystryktu 9". To sprawia, że od pojedynku Jamesa i Kate ciekawszy jest pojedynek dwóch filmów s-f (widziałem gdzieś komentarz "dwa s-f, animacja i Tarantino - czyżby akademia wyjęła kij z dupy?"). "Avatar" i D9 opowiadają o tym samym - transformacji człowieka w obcego. W jednym przypadku jest to jednak glorious metamorfoza w kosmicznego pięknisia, w drugim - kafkowska zmiana w robaka z wysypiska. Łatwo jest zostać avatardem, dać się ponieść pięknu Pandory i niebieskich cycuszków. W transformacji w prusaka jest za to zawarta jakaś taka bolesna prawda o życiu, wszechświecie i całej reszcie; dlatego też nie znajdziemy raczej internetowych społeczności fapiących nad marzeniem o byciu kosmicznym robactwem w getcie Joburga, tak jak żaden z erpegowych mocium panów sarmatów nie wyobraża sobie bycia chłopem w tej cudnej dzikopolańskiej rzeczywistości wirtualnej. W idealnie trollerskim świecie za film dostałby D9, a za reżyserię Tarantino. Please, please, let it be.
poniedziałek, 01 lutego 2010
Oczy Carla Zeissa
Myślę, że nie tylko dla mnie sporym WTF w czasie oglądania serii "Ghost in the Shell: Stand Alone Complex" były gazety zadrukowane kodami kreskowymi (i semakodami), odczytywanymi przez skanery cybernetycznych oczu. Podzieliłem się tym WTF ze scenarzystą, Yoshiki Sakurai. Odpisał mi wtedy:
Jakie to cyberpunkowe! Sama idea "zadrukujmy papier barcodem" (pewnie przemawia do Japończyka posługującego się ideogramami) jest strasznie niepraktyczna i bez szans na zaistnienie, ale jaka to piękna metafora! No bo przecież to "well penetrated" nie oznacza, że cybermózgiem dysponuje byle Zenek, tylko klasa średnia i wyżej. Jak każda cyberpunkowa przenośnia ukazuje ona ideę w formie dosłownej: bariera technologiczna (i społeczna!) zostaje obleczona w ciało. Spojrzałem na iPada i zobaczyłem przyszłość. Nadchodzi Web 3.0, która będzie dzieliła się na kaloryczny płatny kontent dla klasy średniej i treścioidę o cyckach Dody dla freetardów.
niedziela, 31 stycznia 2010
Holly Bolly
Za ozdobionymi mysimi uszyma drzwiami znajdują się Aseksualne Stany Zjednoczone Ameryki im. Walta Disneya. A było to tak, że kolega - miłośnik (aktywny i pasywny) musicali - przeżywa ostrą fascynację "High School Musical". Ponieważ oprócz DVD i Blureji nabył "HMS: Sing It", grę karaoke w stylu "Singstara", więc się dokształcamy w temacie, żeby sobie z kolegą pośpiewać. Pierwszą część widziałem dawno temu w telewizji (w ramach zaliczania wszystkich możliwych komedii dla młodzieży), a dziś obejrzałem HMS2. To. Jest. Niesamowite. Wytwórni Disneja udało się nakręcić prawdziwy bollywoodzki film. Orgia kolorów, konflikty klasowe, muzyczne numery - i całkowity aseksualizm. Nie ma tu miejsca na majteczki Molly Ringwald; nawet się nikt nie całuje! Wszelkie napięcie seksualne między bohaterami jest wyrażane - zupełnie jak w Bolly - piosenką. Spójrzcie na poniższy teledysk - Zack Efron tańczący na tle gór normalnie kanałuje Shar Rukh Khaha:
Wtem! Niespodziewanie homoerotyczny numer jest niespodziewanie homoerotyczny! LOOK AT THIS:
Ain't that fucking cute! Strasznie fajnym ficzerem na DVD są teledyski promujące HMS2 z całego świata (np. Japończy podłożyli pod piosenkę animację, Bolly zaś... just Bolly). Polaki oczywiście wystawili jakiś koszmarny klon Kupichy (ma na koncie najobleśniejszy opening serialu w historii telewizji) i cycatą laskę, a całość nakręcili nad Bałtykiem. Aż wstyd być Polakiem! Ale powiem wam, że można mówić różne rzeczy o HSM, ale i tak jest zdecydowanie lepszy niż "Czynsz".
sobota, 30 stycznia 2010
Raport z frontu walki z Metal Slugiem
Po test drivie PSP (kudosy dla kolegi o wielkim sercu, który się nie bał pożyczyć i nawet nie wziął nic w zastaw) i "Metal Slug XX" (który wypadł z ciężarówki) stwierdzam, że jeśli miałbym się kierować tylko tym tytułem, to PSP ownuje NDS. Większy ekran, lepsze osiągi - to się przełożyło na grę. W wersji XX jest większe zróżnicowanie wrogów niż w 7 (bo nie trzeba było ograniczać liczby sprite'ów?), są dodatkowe plansze, a ze sklepu PSN można (za 99 centów; można też wyhakować jakimś gamegenie czy czymś) zakupić dodatkową postać, i to fajną laskę:
Równie wygodnie grało mi się natomiast i na PSP, i na NDS. Ten pierwszy jest przyjazny dla kogoś przyzwyczajonego do Dualshocka, ten drugi zaś to skóra zdjęta z Game&Watch. Co robić jak żyć? "MS XX" dostępny będzie także w Live Arcade XBoxa 360, ale jedną konsolę z zapyziałą technologią już mam, więc postanowiłem na razie poczekać - może kiedyś pojawi się konwersja na PS3 albo nawet peceta? Niedługo ma wyjść "Metal Slug Complete", czyli odpowiednik Antology (części 1, 2, X, 3, 4, 5 i 6) na blaszaka. Kto by pomyślał. Tymczasem pojawił się pierwszy poważny powód, by nabyć któryś z dotykowych produktów Apple'a - "Metal Slug Touch". Jego idea niesłychanie mi się podoba. Tu małe wprowadzenie dla nieobeznanych z serią Metal Slug - tytułowy metalowy ślimak jest małym czołgiem (bliższym projektom Masamune Shirow, niż pimp mobilowi porucznika Grubera), który znajduje się w czasie gry. I jest go ZA MAŁO. Tymczasem w MST czołgiem steruje się przez całą grę. Mmm.
|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
F**k you
Kotki czekają na transfuzję
Memoteka
Read you
|