inżynieria memetyczna
piątek, 20 listopada 2009
Google Polska

Postanowiłem przyłączyć się do zabawy "co powie Google":

Polacy w niebie

czwartek, 19 listopada 2009
Street Fail

Kylie

Odświeżyłem dziś sobie tego nieszczęsnego "Ulicznego wojownika" i okazał się głupszy niż pamiętałem. Ok, puścili w zlew oryginalną historię, wymyślili głupią fabułę...

...ale że się tak mało i słabo trzaskali, tego kurna wybaczyć nie można.

Aż mnie zaciekawiło, jak bardzo Bartkowiak spaprał "Legendę Chun Lee". Wybór Taboo do roli Vegi (człowieka o pięknej twarzy, który na czas walki ukrywa ją za maską) jest dosyć, hmm, intrygujący.

środa, 18 listopada 2009
Wata cukrowa dla ludu

Jakoś nie miałem dziś siły włączyć się do flejma pod notką Wojtka Orlińskiego, ale uwagę moją zwróciła wypowiedź autora z 10:53:01:

W ustroju kapitalistycznym i tak nie rządzi Kościół, tylko jak wiadomo Błogosławiona Visa i Święty Mastercard. Zanim dziecko dotrze do szkoły, mija wielkie billboardy reklamujące jak nie Ajfona to wczasy w Hiszpanii. I to one tak naprawdę mówią, kto w tym kraju rządzi - ci, których na to stać. I od co najmniej 1843 roku wiadomo, czemu służy krzyż "tak naprawdę". Jest narkozą dla tych, których nie stać. Das Opium des Volkes. Chcesz im zabronić nawet tego? To nieludzkie.

Ale tak przecież nie jest. Religia nie oferuje "opium dla ludu", ale watę cukrową znaną z klasycznego webkomiksu:

Wata cukrowa

W ramach szczenścia - miłość Bozi, całego kościółka i obietnica życia wiecznego; w ramach cyjanku - marnowanie najlepszych chwil prawdziwego życia (np. "białe małżeństwa" dla rozwodników) i obrzydzanie drobnych przyjemności, takich jak orgazm niezakończony uświęconą próbą zapłodnienia. Kościół w swoich działaniach przypomina pedofila - znajduje sobie kogoś, kto potrzebuje wsparcia i miłości (z biedy, ze strachu itd.), po czym korzystając z okazji wykorzystuje seksualnie.

Już może lepiej niech sobie to wykluczone dziecko mamione Ajfonem ściągnie empetrójkę z torrenta.

23:27, mrwisniewski , jetlag
Link Komentarze (40) »
wtorek, 17 listopada 2009
Gee whiskers, czyli kino komiksowe

Ciekawe, czy ktoś używa jeszcze terminu "kino komiksowe"? Chyba dyskurs już dojrzał na tyle, by kolejne ekranizacje przygód peleryniarzy nazywać "kinem superbohaterskim" i nie mieszać do tego jakiejś "Drogi do zanudzenia" (obejrzałem tylko dla Daniela Craiga) czy "Ghost World". Jakim bezsensem jest dzielenie filmów wedle mediów, jakimi był ich oryginalny scenariusz świadczy chociażby to, że nikt w dyskusji o rozwoju "kina komiksowego" nie powoływał się np. na "Annie" z 1982, ekranizacji musicalu na podstawie komiksu "Mała sierotka Annie".

Orphan Annie


A "Annie" chodzi mi po głowie odkąd Lawrence Miles opisał swoją mroczną przygodę (copypastłem ją bez żenady, bo chłopina często kasuje notki) i wspomniał "It's a Hard Knock Life" (pewnie znacie raczej w tej wersji). Najbardziej znaną piosenką z tego musicalu jest "Tomorrow" (katują ją właśnie w jakiejś reklamie na RTL102,5), która w filmie wyglądała tak:

Swego czasu cudownym głosem, choć w słabej aranżacji, śpiewała ją Barbara:

Ale nic nie przebije disko Grace Jones!

A na koniec zatoczę kółeczko: autor muzyki do "Annie", Charles Strouse, ma na swoim koncie także inny musical na podstawie komiksu. Co prowadzi nas do kolejnej notki, ale... nie uprzedzajmy wydarzeń.

poniedziałek, 16 listopada 2009
"My 'talking to strangers' thing has rather unexpected consequences"

[...]But it's eleven o'clock at night, and I'm on my way home, and I'm slightly tipsy. And I'm standing on the pavement outside the main entrance to the Metropol, finding my bearings in the night air, or at least trying to remember which way the nearest tube station is. I've just about figured it out when I realise that a second individual is hovering a couple of yards away from me. He, too, is standing quite still. But whereas I'm turning my head from side to side, considering the "this way might be quickest" and "this way is slightly longer but leads to savaloys and chips" option, this other man is… really still. So I have to admit, it's rather impressive. He's young, black, well-dressed (leather coat over a suit, which is a little obvious for my tastes, but so easy to pull off that you can tell he's thought this through), with a close-shaved head and dark glasses. He remains still as I notice him: so still, in fact, that it looks as if he's been superimposed onto the background. Admittedly, I've spent the day amongst nerds, but even so… even so, he looks as if he doesn't quite belong in this picture. In earlier times, I would've sworn that he'd been CSO'd onto London, a bit like a puppet dinosaur.

And I'm rather drunk.

'Excuse me,' I find myself saying to him. 'Are you real?'

niedziela, 15 listopada 2009
Rewolucja seksualna!

Also: limited Lenin Edition

Z perspektywy czasu rewolucja seksualna jest czymś równie smutnym jak podbój kosmosu. I chyba zaczynam rozumieć, dlaczego Eli Wurman tak tęskni za księżycową wizją JFK: miało być tak wesoło, wolna miłość, bazy na Księżycu, a skończyło się na AIDS, eksplodujących wahadłowcach i uziemieniu. Jakby nie było miejsca na taką rewolucję jak z radosnej piosenki Army of Lovers, lecz jedynie na senny koszmar Rogera Watersa:

Chociaż niektórzy wciąż mają nadzieję i nie odkładają różowych sztandarów:

To trzeba jednak pamiętać, że rewolucja zjada swoje płody dzieci; you won't fool the children of the revolution. Again.

Może więc jest nadzieja i na pytanie "co robić jak żyć na kogo głosować?" niegłupią odpowiedź da pomysł z blipa:

blip

sobota, 14 listopada 2009
Lewica, katolicyzm i holy matrimony

Napieralski

Teoretycznie nie ma niczego złego w byciu katolikiem. Ale czasem to człowiekowi zawadza. Np. Grzegorzowi Napieralskiemu, przewodniczącemu "największej lewicowej partii w Polsce", który wyoutował się jako katolik w rozmowie z Moniką Olejnik. Mięsko jest tu. Fakenszyt, chciałbym dać w gębę temu, kto kiedyś puścił mema "Napieralski - polski Zapatero" (albo strzelić sobie facepalma, że zapomniałem iż "polskie"="słabe"). Co za kompromitacja, co za slalom. Już nie chodzi nawet o poglądy, tylko o sposób ich prezentacji. "Katolikiem" to może pan Napieralski być w domu i kościółku, w sytuacji politycznej powinien to mieć schowane głęboko jak "Playboy" w pokoju trzynastolatka. Ale nie może mówić językiem prawicowców i alienować swojego elektoratu! Więc dziś:

Grzegorz Napieralski na blipie: Radosław Sikorski ze swoim pomysłem zrównania z ziemią Pałacu Kultury i Nauki powinien otrzymać jakąś nagrodę za "irracjonalość" roku.

Zawiedziony Elektorat: i kto to kurwa mówi, "lewicowy" KATOLIK

GN: Mówi to przewodniczący największej lewicowej partii w Polsce, w której każdy ma prawo do własnego zdania i poglądów. Każdy ma też prawo wierzyć lub nie

ZE: z takim zdaniem to lepiej zmienić partię, przewodniczący homofobie

GN: Homofob, to ktoś kto ma fobie. Pan je ma? Bo ja ich nie mam.

ZE: Przecież pan nawet mówi jak prawicowiec!

GN: Jeszcze raz powtórzę to, co u Moniki Olejnik - nie ma nic przeciwko związkom homoseksualnym. Każdy, niezależnie od orientacji seksualnej ma prawo do miłości.

Prawo do miłości, ale nie do santo subito holy matrimony, które w tej pojebanej Szwecji można odebrać z rąk żonatej pastorki lesbijki. I jeszcze byłbym zrozumiał, gdyby powiedział "Pani Moniko, katolikiem jestem prywatnie, a tu jestem jako PNLPwP, i chcę powiedzieć, że nie zależy nam na słowie 'małżeństwo', żeby nie antagonizować środowisk konserwatywnych, ważniejsze jest przyznanie równych praw", ale nie, on w kraju regularnie popychanym w kakao przez ajentów watykańskiej franczyzy, gdzie świętym obowiązkiem lewicy jest dawać odpór słowem i czynem, pozwala sobie nie tylko na uginanie karku, ale na trzymanie z nimi sztamy!

O adopcji już nie mówię, bo bym musiał pójść po słownik brzydkich wyrazów ("Homofob, to ktoś kto ma fobie. Pan je ma? Bo ja ich nie mam").

21:45, mrwisniewski , jetlag
Link Komentarze (159) »
piątek, 13 listopada 2009
Uliczny wojownik, dzieło kultowe

W przyszły czwartek Polsat pokaże film, który jak mało co nadaje sens idei kultu porażki: "Street Fighter: The Movie" (nie mylić ze znakomitym anime "Street Fighter II: The Animated Movie"). Wbrew temu, co wydaje się okazjonalnym lurkerom salonów gier, Street Fighter, klasyczne mordobicie, zawsze miał bogatą fabułę i mitologię. A ekipa od filmu wywaliła ją w zlew: np. z głównej postaci gry - Ryu - zrobiła gówniarza-debilka; chyba dlatego, żeby światła reflektorów starczyło dla gwiazdy, Jean-Claude Van Damme'a (w roli a m e r y k a n i n a Guile'a).

Ale były też plusy: strasznie smutna (bo ostatnia) rola śmiertelnie chorego Raula Julii oraz Kylie Minouge jako Cammy:

Chun Lee & Cammy

Ale najlepsze co wyszło z filmu, to gra automatowa "Street Fighter: The Movie [The Game]". Przypomnę, że połowa lat 90 była czasem napieprzania się zwolenników Street Fightera II i Mortal Kombat. SF2 był królem bijatyk, powstały miriady jego klonów i naśladownictw. MK wnosił coś nowego - digitalizowanych aktorów zamiast pikselartowych spritów i, jak to się mówi, hektolitry krwi. Akurat dla nabuzowanych hormonami nastolatków. I wtedy w 1995 na klasowej wycieczce w Zakopanem zajrzałem do salonu gier i zobaczyłem "Street Fighter: The Movie". To było olśnienie: SF2 I MK W JEDNYM! WOOOOO~

Wybierz Kylie

Not quite: brakuje mortalowej krwawej przemocy, a system gry różni się od tego znanego z oryginalnego SF2; ogólnie SFTM został bardzo cierpko przyjęta i uznany za porażkę. Ja go jednak lubię do dziś - fajnie wyglądają filmowe tła, bogato (i sprytnie) zdobione fragmentami kinowego Street Fightera. No i w ilu grach MOŻNA ZAGRAĆ PRAWDZIWĄ KYLIE MINOUGE?

Kylie

Zdjęcie zajumałem z bloga Alana Noona, współtwórcy gry - w tej notce jest więcej fajnych fotek oraz link do epickiego wątku na forum, na którym Alan opowiada o kulisach tworzenia SFTM.

Cammy Super SF2

Jak widać, na potrzeby gry Kylie przebrała się w strój, jaki Cammy nosi w oryginalnym Super SF2. Sens tego posunięcia zrozumie każdy, kto sterując Cammy wygra rundę pojedynku.

23:01, mrwisniewski , Game&Watch
Link Komentarze (3) »
czwartek, 12 listopada 2009
Tak pięknie pozwala wyrazić nienawiść do tych obrzydliwych deszczowych dni...

...nowa piosenka Miki, a przy tym nie ma w sobie nic a nic dołującego ładunku:

I'll do my dancing in the rain

Baby I hate days like this
When it rain rain rain rains

środa, 11 listopada 2009
11.11

Chomik, ty nigdy nie będziesz kociakiem

W dni takie jak ten pogoda nie zachęca nie tylko do spacerów, ale i okazywania uczuć wzniosłych, patriotycznych. Telewizja Polsat jak zwykle trolluje repertuarem i puszcza amerykański "Dzień niepodległości", w którym kwiat amerykańskiego aktorstwa dzielnie powiewa amerykańskimi flagami. Prawdziwy Polak w tym czasie może pomachać najwyżej pytą, i to przez okno, od niechcenia.

22:13, mrwisniewski , jetlag
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 101
Ostatnio na Blip:
Coś pozytywnego Tak naprawdę to w Ikei kupiłem tylko maselniczkę, pluszowego jeża i hot-doga, ale liczy się idea remember
GOD HELP US ALL
STOP PRZEMOCY