Menu

pattern recognition

inżynieria memetyczna

Najsmutniejszy dzień w roku

mrwisniewski

Świat się skończy wzruszeniem ramion. Not with a bang, but with a meh.

kiedy wszyscy (nie wszyscy) starają się być zabawni i im nie wychodzi.

A ty (nie ty, ja) uświadamiasz sobie, że nawet nie masz siły/ochoty/pomysłu na spłatanie żadnego psikusa.

Czy kapo szli do gazu

mrwisniewski

Czy kapo szli do gazu?

nie wiem i nie umiem wyguglać
ale jakby szli
to bym mógł powiedzieć dziewczętom
które lajkują komcie mizoginom 

hej, wiesz, nie tędy droga
nie zdobędziesz ich sympatii
bo na koniec dnia
kapo też poszli do gazu

Mecz

mrwisniewski

Edward siedzi w knajpie, wiatr wieje mu po nerkach, skąd wiatr? Pewnie z tego otworu w suficie, zerka na kratkę przesłonięta kawałkiem szarego plastiku i wzdycha zrezygnowany.

-- Ja po prostu szybciej mówię niż piszę!

-- Jak to – dziwi się Michał i próbuje wyobrazić sobie Edwarda skupionego nad klawiaturą. Palec, myśli sobie Michał, zwisa pewnie jak sęp krążący na ścierwem, aż opada z kliknięciem i na ekranie wykwita kwiat litery. Po jakiś piętnastu minutach, szydzi w duchu Michał, na ekranie pojawia się zdanie.

-- Ja po prostu szybko mówię – wyjaśnia Edward.

* * *

Narrator umiejscowiony pomiędzy nimi patrzy to na Edwarda, który faktycznie szybko mówi, to na Michała, który faktycznie szybko pisze, i słucha, jak spierają się o wolę, niczym jakieś szopenhałery, podczas gdy w telewizorze nad ich głowami Rumuni gromią Chilijczyków w piłkę nożną, a raczej wodną, bo nad stadionem w telewizji leje. Tymczasem przy stoliku obok sześciu mężczyzn dochodzi do wniosku, że wszystkie dupy w 90% są takie same. Poznań, z perspektywy narratora, jest miastem zaskakujących narracji,  a Rumuni wpierdolili drugiego gola w meczu, który na razie nie obchodzi nikogo w całej knajpie.

* * *

Marcel wyciąga elektroniczny papieros. Elektronicznego papierosa. Ostatni krzyk techniki w dostarczaniu organizmowi trujących substancji. Kiedy Marcel wciąga powietrze w płuca przez ustnik na końcu symulakrum papierosa zaświeca się na czerwono light-emitting diode będąca symulakrum żaru. Ognia. Wtedy w rzeczywiste płuca Marcela wnika odrobina symulakrum dymu. To nie jest dobre, to nie jest właściwe. Płuca prawdziwe, a dym elektroniczny. Tylko przez chwilę Marcel potrafi tkwić w samooszukiwaniu się wewnątrz samooszukiwania. W końcu bez słowa wstaje i wychodzi przed knajpę zaciągnąć się prawdziwym prażonym liściem.

* * *

Dym z elektronicznego papierosa smakuje truskawką, albo czymś czerwonym, może być maliną, w każdym razie nie papierosem i bardzo słabo dymem. Po trzech zaciągnięciach przestaje w ogóle smakować, w związku z czym narrator wychodzi na zewnątrz, nawdychać się prawdziwego papierosa i traci na moment kontakt z narracją. W nagrodę na zewnątrz, prócz pysznego papierosa wydłubanego z kończącej się paczki (pierwszej dziś, a jest już 21:46), czeka go również szklana lufka z resztką marihuany, którą spala równolegle z papierosem, patrząc na poznańskich kibiców, krzyczących bez przekonania w deszczu, że „chuj”, choć nie precyzują chuj co.  Po powrocie do knajpy, okazuje się, że sala dla palących była tuż obok, Rumuni z telewizji nadal prowadzą, ale są już Romą, zespołem z Rzymu, podczas gdy  Chilijczycy zmieniają się w niezidentyfikowaną drużynę Chiavas. Michał z Edwardem tak mocno zaangażowali się w oglądanie meczu, że pokrzykują na barmana, by miał pieczę nad dekoderem telewizyjnym, który grozi, że zaraz się wyłączy, czuje się bowiem nieoglądany. Okrzyki chłopaków dodają mu energii do dalszego działania.

* * *

Żółty samochód był słabą osłoną – roboglina odbierał to jako intuicyjne przeczucie, ale tak naprawdę informacja  o stanie samochodu pochodziła z studwudziesoośmiordzeniowego procesora oceny sytuacji taktycznej, który na podstawie zebranych symulacji prowadził na bieżąco ciągłe ekstrapolacje rozwoju sytuacji. Średnio sto razy na sekundę przewidywał siedem najbliższych sekund przyszłości, wyciągał z tego statystykę możliwych obrażeń i oczyszczoną ze zbędnej matematyki informację wstrzykiwał wprost w białkową masę w duraluminiowej czaszce. Samochód zaraz wybuchnie – pomyślał roboglina. Michał pacnął ekran w pobliżu lewego górnego rogu i kolejny złoczyńca padł na ziemię. I kolejny i kolejny. Michał pacał, roboglina strzelał. „Mission Complete”.

– Yes! – krzyknął Michał, kiedy zobaczył, że dostał 1 sztukę złota ­– mam już 47!

– I co teraz? – spytał Marcel.

– Jeszcze 6000 i kupię sobie lepszą broń.

* * *

Edward obserwował kolegów i porządkował myśli w swojej głowie. Z chaosu informacji rozproszonej w miriadach neuronów wykrystalizowało się postanowienie.

­– Idę siku – rzucił na odchodnym – możesz o tym napisać.

* * *

Tymczasem narrator kompletnie się odkleił od swoich kolegów, z których jeden pacał ekran, drugi pacał klawiaturę i podobnie jak wszyscy pozostali w knajpie, kompletnie nie zwracali uwagi na telewizor, w którym zacięty pojedynek Rom z Chi, okazał się dużo ciekawszy niż wyglądał na pierwszy rzut oka. Zwłaszcza wtedy, gdy z ramion bramkarza Chi wystrzeliło sześć dodatkowych macek, którymi zdusił nadbiegających napastników Rom, po czym rzygnął zieloną flegmą, która obryzgała i anihilowała sporą część publiczności zgromadzonej na trybunach.

Kompletnie nie przejęci tym Michał z Edwardem, wciągnęli się w dyskusję o wyższości dzieci płci A nad dziećmi płci B.

* * *

– Ekhe, Ekhe.

– Ekhe, Ekhe, Edzio mi zdiagnozował echolalię

– Co?

– Echolalię

– Co?

– Że powtarzasz po kimś – z offu dorzucił Marcel dosiadając się z nowozakupionym wzmacnianym tonikiem

– Ale ja tego nie robię złośliwie, zwykle powtarzam po kotach.

– Ale po co?

– Oj, po nic, powtarzasz i już, nie możesz tego?

– Nie?

– Ale czemu?

– Ty lepiej pisz

– Ale Marcel o tym meczu pisze, to ja nie mogę do tego nawiązać

– Jak nie możesz?

– No co mam pisać? Ze telewizor wyświetla obraz RGB z wyraźna przewagą G?

– No pisz to!

– Ale to słabe jest.

* * *

Edward spojrzał na ekran i skrzywił się z niesmakiem.

– Teraz jest za bardzo meta, nie lubię tego…

– To po chuj pisałeś! – wyrwało się Michałowi – O, mecz się skończył, kto wygrał? ­

– Kogo to obchodzi!

Targi Poznańskie

mrwisniewski

Prrryt, robi iPhone i zerkam, na ekranie pojawia się powiadomienie, że Łukasz Najder, literat, zamieścił coś na moim facebookowym wallu. 

Wzdycham ciężko, bo domyślam się, jaki to psikus mógł mi spłatać tym razem ów kronikarz Zakutasia. Otóż aby przygotować mnie do ciężkiego losu pisarza głównonurtowego w Polsce Łukasz podsyła mi co rusz a to laureatkę Bator w słynnym kimonie, w którym napisała swoją nagrodzoną powieść, a to pisarza Miłoszewskiego zasiadającego nago w wygodnym fotelu przed maszyną do pisania, w otoczeniu pomiętych kartek. 

Więc co będzie tym razem? Jakie nagie łono twórcy? Czyj wąs wystający zza hipsterskiego rekwizytu?

Wstyd, Michał. Wstyd. Nic z tych rzeczy. Łukasz tym razem po ludzku, w geście przyjaźni, wrzucił mi linka do informacji o wystawie Lego w Łodzi. Pewnie dlatego, że od ponad tygodnia spamuję facebooka Unikitty. 

No miło, ale nie będę się tłukł aż do Łodzi oglądać klocki. Za to obejrzę sobie wystawę zorganizowaną przez LUGPol z okazji Pyrkonu 2014, gdyż się tam wybieram. 

Pyrkon odbywa się na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich. W latach 80. byłem tam parę razy z tatą oglądać co słychać w wielkim świecie handlu koparkami, samochodami i radzieckimi miastami orbitalnymi. Do dziś mnie to fascynuje. Nie potrafili wyprodukować porządnego plastiku, ale brali się za miasta orbitalne. Nie podobało mi się, wydawało mało kosmiczne, wielka kopuła, miasto, dacze, łódki na sztucznym jeziorze, może miałem 8 lat, ale wiedziałem kurde, że orbitalne miasto powinno być zbudowane na pierścieniu!

Ale większe wrażenie niż radzieckie mrzonki czy autokar pełen arabskich biznesmenów (do którego wlazłem przez przypadek myśląc, że można go zwiedzać), robił na mnie oczywiście pawilon Lego. Był 1987, seria Space przechodziła rewolucję. W miejsce klasycznych kosmonautów o łamliwych kaskach (uroczo przestawione w "The Lego Movie") pojawił się Futuron. Nowoczesne kombinezony, kaski z szybkami, i oczywiście MONORAIL. 

Do dziś pamiętam ekspozycję -- zamiast jedynie zbudować i pokazać gotowe zestawy, zrobiono z nich wielką, wielopoziomową bazę orbitalną. Mało rzeczy w życiu zrobiło na mnie takie wrażenie. To było w 1987. Rok później dostałem pierwszy i jedyny zestaw z tej serii, mały statek kosmiczny 6830. Cieszyłem się strasznie, ze świadomości, że jest on częścią czegoś tak niesamowitego.

W 1989 byłem ostatni raz na MTP. Pamiętam gigantyczną kolejkę do stoiska Lego, żeby odebrać darmowy katalog. Dziś leżą na stojakach w sklepach z zabawkami, wtedy były skarbem. 1989, rok w którym wprowadzono piratów, a do klasycznej uśmiechniętej buźki dołączyły oblicza brodate i wąsate; wtedy też pojawiła się po raz pierwszy uszminkowana główka kobieca. 

Odstałem swoje i potem oglądałem całą drogę pociągiem do domu, w kółko i w kółko. Na drugi dzień zabrałem do szkoły, żeby pochwalić się kolegom.

Do dziś nie wiem, kto go ukradł. 

Valentimes is serious times

mrwisniewski

Albo taka historia, z trzeciej ręki, więc może ktoś zmyślał, ale po co miałby zmyślać takie rzeczy, nie? Ludzie nie mają w zwyczaju kłamać dla ubarwienia historyjek, przecież zmyślona opowieść jest nic nie warta; przepraszam za dygresję, już wracam, więc kolega żony opowiedział, jak był w sklepie i stał w kolejce i podsłuchał taki dialog:

Panna (do chłopaka, zaczepnie): Co chcesz zjeść na walentynki?

Chłopak: KASZANKĘ!

Panna -- fochdąs. 

Wszystkiego najlepszego!

Obserwator

mrwisniewski

Gdy przystaniesz na chwilę dłużej dostrzeżesz, że

On może za długo nie chodził na randki i zwyczajnie zapomniał, jak się rozmawia z dziewczynami, ona zaś nie radziła sobie nigdy w towarzystwie chłopców, mijający czas pogmatwał jeszcze to wszystko, w dorosłe życie wpuszczając nastoletnią nieporadność. To ich pierwsze spotkanie, mijają się na nim po omacku, badają teren, popełniają błędy, nieświadomi iż

Kilka stolików dalej czai się obserwator, od razu go dostrzegasz, tego miejskiego łowcę, dobrze ubranego, choć może zbyt fircykowatego jak na tę porę roku, z filiżanką kawy, nagryzionym ciastkiem, niedbale rozłożoną książką nudnego pisarza i notesem moleskine, w którym właśnie notuje coś bezwiednie, łakomym wzrokiem pożerając parę niedoszłych kochanków. Widzisz, jak wysysa ich możliwe przyszłości, buduje drzewo możliwości i opowieść, którą sprzeda jako felieton do tygodnika i w której

Okazuje się, że wszystko poszło źle. Ale jak ma pójść dobrze, skoro obserwator nienawidzi swoich ofiar? Może to nawet nie nienawiść, może głębokie rozczarowanie, jakie od lat żywi wobec świata. Świat jest rozczarowujący, nie dorasta do wielkich nadziei w nim pokładanym, nie, świat pozwala, by chodzili po nim ludzie bez intelektualnych aspiracji, nie przestrzegający surowych zasad moralnych, niedorośli i niedojrzali, przy czym dorosłość i dojrzałość mierzy się ilością kresek na teście ciążowym i brakiem zwierząt domowych, więc

Zagubił się już w tej wypartej pogardzie, jaką czuje wobec bliźnich, której nawet nie rozumie, odczuwa pewnie nawet jako rodzaj empatii czy nawet miłości, tak, to musi być miłość, taka surowa, starotestamentowa miłość, która pcha do tego, by parze kochanków obserwowanej z wysokiej wieży samozadowolenia dopisać złe zakończenie, z pragnienia, by dorośli, dorośli do jego wysokich pretensji, czuje się jak ojciec, który oddał wszystko dzieciom, a one nie okazują należytej wdzięczności, wracają do domu z kiepskim świadectwem z kiepskiego gimnazjum, więc nawet nie zauważa, kiedy ta zła miłość go zatruwa, kiedy świat staje nieznośny i nawet literatura nie pozwala okiełznać tego galopującego rozczarowania i

Za parę lat, grzebiąc w przeszłości drżącymi rękami, nigdy nie dowie się, która butelka wina była punktem, w którym rekreacja przeszła w alkoholizm.

Uszy Ecclestona

mrwisniewski

Byliśmy dziś na pięknym koncercie Gaby Kulki promującej płytę "Wersje" i musicie uwierzyć mi na słowo; nic nie nakręciłem, bo to było w filharmonii, wiecie, ą-ę, i głupio było, jakoś tak, wyciągać iPhone'a, tu obok panie w garsonkach i panowie w kołnierzykach wystających spod swetrów, to nie miejsce na rockendrolowe zachowania, nie?

Zresztą -- na siedząco zupełnie inaczej odbiera się muzykę, chociaż nie mogłem powstrzymać od tupania nogą, do takiego basu ciężko nie. 

A w ogóle to się za późno zorientowałem, że koncert ma być w filharmonii, więc miejsca są nie dość, że siedzące, to jeszcze numerowane, więc się nie pośpieszyłem z zakupem biletów i wylądowaliśmy w jedenastym rzędzie, i tak dobrze, bo sala była full pełna (część puli wykupują jakieś zakłady, widziałem pannę co "a, przyszłam bo dostałam", jak tłumaczyła spotkanej znajomej).

No i przez to, że ciemno i że rząd jedenasty wyszło tak, że jak Gaba K. zapytała czy ktoś na sali ogląda serial "Doktor Who", to chociaż machaliśmy rękami, nie zauważyła. A pytała z okazji zapowiedzi pięknej piosenki "Bad Wolf" (tu możecie jej posłuchać), zainspirowanej przygodami Rose Tyler. Oprócz tego w repertuarze -- covery Ciechowskiego, QotSA, Beastie Boys, parę kawałków z następnej płyty i kilka starszych. 

Koncert był, jak wspomniałem, piękny; Gaba K. ma przecudowny głos, a do tego umie na instrumentach (reszta zespołu zresztą też); a pomiędzy piosenkami jest uroczo ("w marcu nagrywamy nową płytę, tak się cieszę!") i zabawnie (zwłaszcza przekomarzanie z basistą). Polecam, jak będziecie mieli okazję. 

Po koncercie można było tradycyjnie nabyć płyty i zdobyć autograf, jak również uczynić sobie podobiznę cyfrową:

Skorzystałem z okazji i przeprowadziłem mikrowywiad:

Ja: Który Doktor?

Gaba Kulka: Aaa... (szok, niedowierzanie, chwila wahania) Matt Smith.

Ja: Yyy...

GK: No wiem, niestety. Eccleston też, te jego uszy, ale Matt Smith miał taką najszerszą... (robi gest pokazujący na szeroki zakres zdolności aktora czy coś w tym rodzaju)

Ja: Szczękę? A który Doktor był Twoim pierwszym?

GK: Eccleston!

Ja: A-ha!

GK: No tak, przecież stąd właśnie "Bad Wolf"! 

Ja: (kiwam z uznaniem głową) 

I tak to właśnie było.

Tom Baker!

mrwisniewski

Tom Baker skończył dziś 80 lat!

Znalazłem ten obrazek w niekończącym się wątku o Doktorze Who na 4chanie, ale się z nim zgadzam -- właśnie od Toma Bakera jako Czwartego Doktora zacząłem przygodę z serialem i każdemu to polecam, zwłaszcza "Genesis of the Daleks"). 

Ale Tom Baker to nie tylko Najlepszy Doktor (co zostało oficjalnie potwierdzone w odcinku na pięćdziesięciolecie), były mąż obecnej żony papieża ateizmu Dawkinsa i narrator "Małej Brytanii". To także Sherlock Holmes z czasów, kiedy nie było tumblra:

 

i przewodnik Ducha Hopkirka z czasów, kiedy brytyjskie seriale leciały w polskiej TV, a nie na torrentach:

 

Many happy returns!

Nigdy nie wiesz

mrwisniewski

Nigdy nie wiesz, czy z jakiejś niefajnej rzeczy nie wyniknie coś fajnego. 

Np. kiedyś wycięto drzewo, które rosło przed naszym blokiem. Wielka szkoda, lubiliśmy je. Ptaszki sobie na nim siedziały, można było wyjść na balkon i obcować z odrobiną natury na środku betonowej dżungli. 

A potem okazało się, że wycinki dokonano w celu zbudowania podjazdu dla niepełnosprawnych. I ten podjazd okazał się ficzerem, dzięki któremu bez problemu sprzedaliśmy mieszkanie w czasach, kiedy sprzedać było dość trudno. 

Nigdy nie wiesz, czy z jakiejś niefajnej rzeczy nie wyniknie coś fajnego. 

Albo -- zmieniono, po 20 latach, rozkład jazdy autobusów (większa granda, o której nie chce mi się teraz pisać). Niby nie wielka zmiana, ale musiałem nieco zmienić rozkład dnia. No i teraz wprawdzie muszę wstać pięć minut wcześniej, ale za to mogę iść spokojnym krokiem do pracy, zamiast się śpieszyć. Taki przyjemny, poranny spacer.

I gdybym szedł jak zwykle, szybkim krokiem, zamiast rozkoszować się okruchami poranka, nie spostrzegłbym martwego kota leżącego w kupie śmieci przy garażach. 

Nigdy nie wiesz.

© pattern recognition
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci