inżynieria memetyczna

Wpisy z tagiem: reporter zjadł

sobota, 18 grudnia 2010
Re: W paszczy szaleństwa

Nie lubię jeść na mieście.

Nie mówię o tzw. "romantycznych kolacjach" czy innym burżujskich wymysłach, ale takiej sytuacji, że jesteś w mieście, jest pora obiadu i chcesz coś zjeść. Ale co? Jak już się trafiło miejsce, w którym zawsze było miło, tanio i smacznie, to się zwinęło. A do innych lokali to mam ciągle pecha. Jak nie przypalają, to mają zepsuty czytnik kart. Albo okazują się studenckimi mordowniami, jak pieprzony Sphinx, do którego poszedłem, bo mi się pomylił z jedną serwującą shaormę restauracją z Wrocławia. Jak tam można w ogóle przychodzić, fuj.

Nie wiem, czy to wina Szczecina, Polski czy mam pecha.

W piątek, po świątecznych zakupach, łakomi tłustego a smacznego poszliśmy na wegetariański placek węgierski.

W życiu tam nie wrócę.

Tym razem ten wielki placek był cienki jak bibuła, warzywa zamiast tłuste - rozwodnione (przez co mdłe, więc chciało mi się potem rzygać), a w lokalu zwyczajnie piździło. Siedliśmy w innym końcu sali (zeszłym razem siedziało tam biedne wege-pacholę), pod tablicą z gazetką ścienną:

DUCHOWYSZCZECIN.PL

"Wszyscy byli zdumieni nektarem Miłości i Współczucia jaką Swami okazał każdemu uczestnikowi podczas Jagny", a ja byłem zdumiony, jak można tak spierdolić proste danie. LOL SYLWESTER.

KING

14 złotych, kurna. To prawie tyle, co kosztuje zestaw z Whopperem, frytkami i niekończącą się dolewką w Burger Kingu, który dziś mi otworzyli na rogu. I gwarancją, że zawsze będzie tak samo. I bez łachy.

To strasznie smutne, kurde.

sobota, 04 grudnia 2010
W paszczy szaleństwa

Zima, więc zimno, więc wsiadamy w autobus i dwie godziny grzejemy kości w SPA. Sauna, łaźnie, jacuzzi (grotę śnieżną sobie, prawda, odpuścimy) i człowiek odżywa (przeszedł mi okropny nerwoból męczący od czwartku). Nie wiem jak w innych miastach, ale w Szczecinie wizyta kosztuje tyle co bilet do kina plus popcorn (kupujecie popcorn w kinie?).

Anyhow. Pora obiadu. Pod wpływem przeczytanych komiksów wybieramy:

  • knajpkę wegetariańską na Śląskiej (bałem się, że nie wpuszczą mnie w skórzanych butach), gdzie jest ładnie, elegancko, acz i biedahipstersko: oferta wypisana flamastrem na kartkach z zeszytu przyczepionych szpilkami na tablicy korkowej; odrzucamy podróby prawdziwego jedzenia (soja jako zamiennik mięsa), decydując się na placek węgierski z gulaszem warzywnym. Za 14 zyka dostajesz placek ziemniaczany wielkości talerza z gęstym i tłustym sosem z marchewką, cebulą, cukinią i papryką (i może czymś jeszcze) jest przepyszny i sycący. Polecam. 
    • potwierdziły się moje wszystkie przewidywania na temat kuchni wege - żeby miała sens, musi być tłusta i wysokokaloryczna. Trochę nie dla mnie, ale od czasu do czasu nie zaszkodzi.
    • placek węgierski z gulaszem warzywnym spożywany na mieście jest lepszy niż jego wersja mięsna, bo gastronomia ma tendencję do używania w nim mielonki albo innego taniego gówna. Marchewki tak łatwo nie podrobisz.
  • na deser idziemy zaś przecznicę dalej do Boby spróbować w końcu megapączka. Okazuje się bardziej racuchem, pyszny jak nie wiem co (zwłaszcza z nutellą i bananami), i wielki jak nie wiem co.
    • deser okazuje się smutny, bo jutro zamykają Bobę na zawsze. Jak ktoś chce może od poniedziałku kupić maszynę do robienia Boby i kruszarkę do lodu. I zapasy.
    • nie wiemy co powiedzieć wychodząc, "do widzenia"  wychodzi jakoś tak niezbyt.

Humor poprawia mi się, kiedy dwie przecznice dalej trafiamy do nowo otwartego sklepu z Lego. Life is good.

Ostatnio na Blip:
Coś pozytywnego mrw@poly