|
inżynieria memetyczna
Wpisy z tagiem: cyberpunk
wtorek, 28 lutego 2012
Show room dummies
Jadę dziś tramwajem, słucham "Kręcimy się w kółko" (bo kręcę się w kółko), leniwie przeglądam coś na iPadzie i nagle mam moment jak z GITS-a: zerkam przez okno i widzę okna wystawowe, a w nich manekiny:
A na wyższych piętrach, jakby dla podkreślenia ich plastikowej doskonałości, białkowcy wyciskają z siebie siódme poty na siłowni z widokiem na miasto; ciężko pracują na to, z czym stojące pod nimi sztuczniaki przyszły na świat.
poniedziałek, 06 czerwca 2011
Utracona pamięć
Przeczytałem książkę, to już druga w tym roku. Tym razem skusiła mnie marka (i okładka):
Urodzony w 1967 roku Junichi Fujisaku to jeden ze scenarzystów serialu Ghost in the Shell: Stand Alone Complex. Nieduża (coś ponad 200 stron, ale za to tania) książka przypomina strukturą odcinek serialu. Cyberpunkowy thiller zaczyna się więc od szybkiej akcji futurystycznej ubecji, znanej i lubianej Sekcji 9, a potem - Tajemnicza Sprawa (tu - fenomen Good Morning Terrorist - przypadki nastolatków, którzy pewnego dnia bez powodu popełniają akty terrorystyczne) i śledztwo. Medium pozwala na dokładniejsze opisy i nakreślenie tła, autor co rusz beznamiętnym stylem (nie mam zielonego pojęcia, na ile to wina tłumaczenia, a na ile samego Fujisaku) przeprowadza miniwykład na temat "tak to się miały sprawy w roku 2030", niektóre nawet dość inspirujące. Paradoksalnie znacznie gęstsza była warsta literacka gry GITS:SAC na Playstation 2. W sumie taka ciekawostka dla fanów GITS i cyberpunka. Fujisaki napisał jeszcze dwa tomy, postanowiłem, że się skuszę.
sobota, 16 października 2010
Barbarina Z.
Siódmego października Barbarina Z. budzi się późnym rankiem słysząc dźwięk budzika. Nie naciska guzika "drzemka", ale wstaje od razu, na dwuczęściową męską pidżamę zarzuca różowy szlafrok i karnie człapie do łazienki. Przemywa oczy, a potem dobywa szczotkę, nakłada dokładnie wymierzoną porcję pasty, płucze usta wodą z kubka i zaczyna szorowanie. Lewa strona, prawa strona, środek, wewnątrz, góra, dół i od nowa, przez pięć minut. Potem nić dentystyczna - dokładnie szoruje każdą zbyt ciasną dla szczotki szczelinę. Płyn do płukania ust. Potem idzie do kuchni, gdzie w ekspresie przepływowym nastawia kawę, by zepsuć cały efekt dentalnych ablucji. Czarna jak bezgwiezdna noc, smakuje wspomnieniem lepszych czasów. Zagryza rogalikiem o przedłużonej trwałości i chwilę później siada do komputera. Laptop stoi na starym stoliku po maszynie do szycia, nie mieści się na nim mysz, ale Barbarina doskonale posługuje się touchpadem. Budzi maszynę z uśpienia, diody zmieniają się z sennej pomarańczy na gotową do działania zieleń. Barbarina jest również gotowa. Dwuklikiem odpala Firefoxa ze skrótu na pulpicie, nie przejmując się nowymi wiadomościami anonsowanymi przez małe okienka usługi GTalk. Wchodzi na Wikipedię, sprawdzając dwa hasła: Vera Rubin i Fritz Zwicky. Od ostatniej, wczorajszej wizyty nie pojawiły się żadne zmiany. Spogląda przelotnie na duże zdjęcie ojca wiszące na ścianie. Pora na patrol. Naciska przycisk Home by wrócić na stronę startową Google - ignoruje okolicznościowy obrazek, bo wie, że tego, na który czeka, nigdy tam nie zobaczy. Umieszcza kursor w polu i wpisuje, bezwzrokowo, opierając się praktycznie na pamięci mięśniowej hasło "Vera Rubin Dark Matter". Na ekranie pojawiają się wyniki wyszukiwania, purpurowe, odwiedzone linki z krótkim opisem. Barbarina cierpliwie przegląda stronę za stroną, aż na jedenastej znajduje coś nowego - link do recenzji książki Williama Gibsona "Zero History". Klika i czyta, omiata wzrokiem niezrozumiałe akapity, traktujące o niepoważnych rzeczach niepoważnych ludzi, aż dochodzi na koniec tekstu. Wreszcie coś znajomego, chociaż nie rozumie związku między treścią akapitu, a resztą recenzji. Gibson’s Zero History unites us with Einstein, with Galileo, with Hubble, with Robert Goddard who labored tirelessly for most of the 20th century to allow his dream of rocket-flight to become real. With Vera Rubin who first conceived of the gravity rotation problem that would eventually be solved by dark matter tu przestaje czytać, przewija ekran w dół, do okienka komentarzy. Wypełnia formularz logowania i sprawnie wpisuje tekst, który zna na pamięć:
Klikając przycisk "wyślij" z ulgą wypuszcza powietrze. Jest 10:55. Idzie sobie zrobić drugą kawę i wraca na patrol. Tagi:
cyberpunk
William Gibson
21:17, mrwisniewski ,
popculture, alienation, boredom and despair
Link Komentarze (12) »
piątek, 10 września 2010
Przygody Cyborga Kaczyńskiego w Roku 2025
Zepnę teraz wątek polityczny i cyberpunkowy w jeden, wygrzebując z archiwum pl.rec.anime post cyberpunkowego PiSowca. Enjoy! Grupy dyskusyjne: pl.rec.anime
czwartek, 09 września 2010
Read me: Jeśli to czwartek, to jesteśmy w cyberpunku
Od dziś w każdy czwartek zapraszam do lektury moich felietonów na portalu technologie.gazeta.pl. W pierwszym odcinku - o pięknej gibsonowskiej metaforze
i co z tego wynika.
sobota, 19 czerwca 2010
Przerywam ciszę wyborczą!
Taką piękną piosenką:
Kochana Sans_merci przeczytała o Janelle Monáe w zagranicznej prasie i podzieliła się powyższym wspaniałym teledyskiem. Co za ruchy, co za gracja, co za styl! Ale najlepsze przed nami. Otóż Janelle wydała niedawno płytę pod obiecującym tytułem "ArchAndroid", do której wrócimy później, dziś bowiem chciałby zwrócić waszą uwagę na jej wcześniejszą EP-kę, która nazywa się "Metropolis - The Chase Suit" i wygląda tak, że przepraszam-która-godzina:
a posłuchać jej można on-line na stronie artystki. Czerpiąc z "Metropolis" Langa i "Bladerunnera" Janelle stworzyła cyberpunkrockową operę, opowiadającą - w stylu "Time" ELO - historię żeńskiego androida, która zakochała się w człowieku i została przeznaczona do likwidacji.
How. Cool. Is. That. Zakochałem się.
czwartek, 18 marca 2010
Raport z frontu walki z GITS-em
Taką mam mniej więcej minę jak gram w GITS:SAC (o ile jest to mina mówiąca OMGWOWOVER900) . Nie pamiętam, kiedy ostatnio jakaś gra sprawiła mi taką frajdę. Motoko skacząca po ścianach i lądująca z hukiem jak przystało na ciężkiego cyborga, hackowanie wrogich żołnierzy, kamuflaż termooptyczny, możliwość sterowania cyborgiem typu Jameson - myślałem że padnę z zachwytu - plus genialna narracja (śledztwo toczone w tle przez resztę załogi, świetne scenki przerywnikowe, takiż scenariusz). Kto ma PS2 i duszę cyberpunkowca - niech bierze w ciemno.
W międzyczasie przyszedł "The Golden Compass" - ja się może nie znam, ale gra, w której pancerny niedźwiedź napierdala hordy wilków (i to od pierwszej sceny!) nie może być zła.
niedziela, 14 marca 2010
Ghosthacking Motoko
A wczoraj przyszedł do mnie pocztą kolejny powód, dla którego kupiłem Playstation 2 - "Ghost in the Shell Stand Alone Complex". Ma już swoje lata, ale szczęśliwi czasu nie liczą. Mam wielką słabość do gier z moich ulubionych franczyz czy uniwersów (z ebaya wędruje już zafoliowany "The Golden Compass", który był tam oczywiście tańszy niż używka na Allegro), bo plusy, jakimi jest możliwość sterowania ulubionym bohaterem i interaktywnego zanurzenia w znanym świecie, przesłaniają wszelkie minusy.
To nie pierwsza gra ze świata GITS: dawno temu na PSX-a ukazała się trójwymiarowa strzelanka, która zebrała różne recenzje, ale dla mnie istotne było tylko to, że się w niej chodzi Fuchikomą po ścianach (gra stanowiła tym samym znakomite uzupełnienie filmu kinowego, do którego urocze robotki się nie załapały).
Tam wcielało się w postać rekruta, stawiającego pierwsze kroki w Sekcji 9. W GITS:SAC, nawiązującym do serialu pod tym samym tytułem, sterujemy Motoko, Batou i Tachikomą (podobno, bo na razie jestem w trakcie pierwszej misji; mylą mi się jeszcze czasem przyciski). Co jest fajne - animacje CGI utrzymane w stylu openingu serialu, kontakt radiowy z całą brygadą (my tu sobie biegamy i strzelamy, a gdzieś w tle Togusa i reszta prowadzi śledztwo i podrzuca tropy), strzelanie z Seburo (najpiękniejsza broń świata) i ghosthacking, czyli włamywanie się do cybermózgów przeciwników celem przejęcia nad nimi kontroli. I w tym momencie buduję sobie metanarrację: jako gracz dokonałem przecież ghosthackingu i przejąłem kontrolę nad Motoko. How cool is that?
piątek, 12 marca 2010
You can logoff, but you can never leave
Hibernatus z internetu lat dziewięćdziesiątych (#ludziektórzymająhomepagezamiastsoupa), który objawił się na blogu Wojtka Orlińskiego (japko+f "raj001") przypomniał mi o opowiadaniu "CyberJoly Drim" Niny Liedtke. Opowiadanie to wprawdzie zderzyło się ze szklaną ścianą redaktora Macieja Parowskiego i w rezultacie ukazało drukiem w konkurencyjnym dla NF śp. Feniksie, ale słusznie zgarnęło wszystkie nagrody - fanowskiego Zajdla, Srebrnego Globa od stowarzyszenia pisarzy oraz Elektrybałta dla najlepszego tekstu wiszącego w sieci.
Oczywiście zestarzało się jak cały cyberpunk. Ale jak każdy dobry utwór cyberpunkowy jest znakomitym tekstem zeitgeistowym. Z czasów, kiedy sieć i real to były dwie różne rzeczy. Z czasów, kiedy sieci brakowało wszechobecności. Z czasów, kiedy w necie mogliśmy być lepsi i piękniejsi niż w rzeczywistości. Oczywiście przyszłość okazała się zupełnie inna. Cybernetyczni romantycy nie przewidzieli, że zamiast virtual reality sieć zdominuje postbigbrotherowska reality TV. Że nastanie youtube. Że będziemy oglądać internetowych herosów robiących to:
W sumie tłumaczy to obsesję Linusa na punkcie skarpet w sandałach - boi się głodnych spojrzeń Stallmana. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Tagi
|